Historyjki nie tylko z historii Jeleniej Góry i okolic
Click for Jelenia Góra, Poland Forecast counter
counter Katalog stron internetowych
Kategorie: Wszystkie | Jelenia Góra | Szperanie w okolicy | Z innej beczki
RSS
piątek, 31 października 2008
Zmiana adresu

Zdecydowałem “wyprowadzić się” z blogowiska Gazety Wyborczej, gdzie coraz więcej problemów technicznych i coraz mniej miejsca na zdjęcia. Nie wiem, jaki jest “BLOGGER” - okaże się to w praniu. Mam nadzieję, że nie będę musiał ponownie migrować. Nieregularnik na Blox.pl przez czas jakiś będzie jeszcze “wisiał”, jednak nowe notatki znajdą się właśnie tutaj. Na razie jest to wersja "robocza", jak widać mocno niedopracowana, ale z czasem ulepszę i wygląd i - mam nadzieję - treści. Nowy adres dla starego bloga to:

http://nieregularnik-nieperiodyczny.blogspot.com/

(nazwa pozostaje ta sama)

Zastanawiam się, co zrobić z postami ze starego "Nieregularnika"? W jaki sposób je zarchwizować, zanim administratorzy nie skasują bloga. Trochę pisaniny się tu zebrało - także takiej, którą chciałbym zachować również dla siebie samego. Nie mam ani pomysłu, ani nie znam sposobu na taką archiwizację... Może ktoś podrzuci jakiś pomysł?

czwartek, 23 października 2008
24 października - Czarny Dzień na giełdach

Posługując się Wikipedią oraz opierając na codziennych doniesieniach mediów przyszło mi do głowy skompilować taki oto tekst:

Gospodarka światowa znalazła się w dużych kłopotach. Na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych narastała bańka spekulacyjna. Wzrost akcji spowodował podniesienie wartości aktywów należących do inwestorów giełdowych. Banki udzieliły wielu kredytów pod zastaw przewartościowanych akcji. Za pożyczki inwestorzy kupowali kolejne akcje i bańka coraz bardziej się nadymała. W tym okresie ani spółki akcyjne, ani banki nie podlegały publicznemu nadzorowi. Wiele spółek, których akcje notowały ogromny wzrost, było w rzeczywistości nic nie wartych i prowadziło niepewne interesy.

Rozpoczęła się gwałtowna wyprzedaż. Im bardziej ceny spadały, tym więcej osób pozbywało się akcji. Wszyscy chcieli sprzedać udziały wiedząc, że za chwilę stracą one wartość. W panice sprzedawano również akcje spółek o pewnych fundamentach. W ciągu pierwszego dnia obrócono 13 milionami akcji, a w ciągu następnych kilku liczba ta doszła do 30 milionów. Wartość większości udziałów spadła praktycznie do zera. Inwestorzy stracili wszystko, a ci, którzy wzięli kredyty, zbankrutowali. Dłużników było tak wielu, że banki utraciły dużą część wkładów ludności. Wiele z nich ogłosiło też bankructwo. W ten sposób rozpoczęła się spirala zadłużenia.

Cóż, działo się to dokładnie 79 lat temu, 24 października 1929 r. Jednak jak widać historia kołem się toczy, chociaż nie powtarza się dokładnie tak samo. O skutkach Wielkiego Kryzysu poczytać można na tej stronie. Sądzę, że w jakimś stopniu będziemy mieli "szansę" zapoznać się i oswoić z podobną sytuacją w najbliższych 3 - 4 latach, choć może nie aż tak dojmująco, jak nasi dziadkowie w latach 20-tych i 30-tych.

No, a w 1933 r. do władzy w Niemczech doszedł... malarz.

piątek, 17 października 2008
Genialni leśnicy, czy pustosłowie redaktorów?

Najpierw artykuł z Polska-Times - Gazety Wrocławskiej:

Korniki wyplenione z dolnośląskich lasów

W lasach Karkonoszy i Gór Stołowych trwa walka z plagą korników drukarzy.

Zostało nam już tylko 500 drzew zainfekowanych przez korniki. Uporamy się z nimi w ciągu kilku tygodni - cieszy się Sławomir Orłowski z nadleśnictwa Śnieżka w Kowarach.

Walka z plagą korników drukarzy, jakie panoszą się w tym roku wyjątkowo licznie w lasach Karkonoszy i Gór Stołowych, trwa od czerwca. Leśnicy pozbywają się szkodników przede wszystkim przez okorowywanie drzew. W ciągu pięciu miesięcy na terenie nadleśnictwa okorowano lub ścięto 11 tysięcy drzew, w których zamieszkały korniki. Ostatnie obumarłe drzewa zostaną wywiezione z lasów w najbliższych dniach. Trafią do kominków jeleniogórzan lub zostaną zamienione na deski w tartaku. - Korniki i tak prędzej czy później wrócą. Z tymi owadami nigdy nie wygramy. Możemy jedynie ograniczyć ich szkodliwe działanie - rozkłada ręce Dariusz Kuś, specjalista ds. ochrony przyrody w Karkonoskim Parku Narodowym.

Setki tysięcy groźnych korników co roku atakują świerki, których w górach rośnie najwięcej. Jeśli leśnicy nie zdążą okorować drzewa, to dorosły owad zdąży się rozwinąć, wylezie z kory i pofrunie drążyć dziury w innych drzewach. (...) Na terenie KPN w tym sezonie okorowano 5 tys. drzew. Również na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych korników było w tym roku wyjątkowo dużo - znacznie więcej niż w poprzednich latach. Okorowano kilkanaście tysięcy drzew. Pojedyncze korniki zostały jeszcze w kilkuset.

Czesław Narkiewicz, botanik z Muzeum Przyrodniczego w Jeleniej Górze, przyznaje, że na korniki nie ma recepty. Co prawda nie pochwala okorowywania drzew i zabijania młodych owadów, jednak uważa, że ratowanie drzew jest ważniejsze.

A teraz uwagi moje:

1. Te korniki to wreszcie "wyplenione", czy może jednak: "Korniki i tak prędzej czy później wrócą"?

2. Cenię pana Nazarkiewicza za wiedzę teoretyczną, ale nie bardzo się mogę zgodzić ze stwierdzeniem "nie pochwala okorowywania drzew i zabijania młodych owadów". Ze względów dość zrozumiałych. Muzeum Przyrodnicze niechaj sprowadzi nam dzięcioły.

3. Jakiż to wspaniały system rachowania drzew "zarażonych" plagą korników ma Nadleśnictwo Śnieżka? Oto zostało ich 500 - ani mniej, ani więcej.

4. Chwała Nadleśnictwom, że prowadzą prace nasadzeniowe i przywracają pierwotny (liściasty) drzewostan w Karkonoszach. To może być ratunek przeciwko kornikom. Jedyny.
środa, 08 października 2008
Bardzo nieregularny "Nieregularnik"
W absolutnej zgodzie z nazwą tej strony zamilkłem na dłużej. Wiele czynników się na to złożyło, określiłbym je wspólnym mianem "Zły Czas". Dzisiaj również tylko krótki link prowadzący do arytykułu na temat znany, acz... zapomniany nieco.
MOST
(Gdzie Niemcy ukryli dzieła Matejki)

poniedziałek, 30 czerwca 2008
Egzekucja Hansa Ulricha Schaffgotscha


W biografii autorstwa Juliusa Krebsa ("Hans Ulrich Freiherr von Schaffgotsch. Ein Lebensbild aus der Zeit des dreißigjährigen Krieges", Breslau 1890) znalazłem "smakowity" i "po niemiecku" niezwykle szczegółowy opis procesu, przesłuchań i egzekucji Jana Ulryka Schaffgotscha. Pozwolę go sobie tu przytoczyć z niewielkimi skrótami:

24 lutego 1634 r. w Oławie, na dzień przed zabójstwem Wallensteina, Colloredo, któremu oficerowie Ulricha – po przeczytaniu ukazu cesarskiego – bez wahania okazali pomoc, kazał aresztować hrabiego Hansa Ulricha Schaffgotscha, Został on przewieziony do Kłodzka, gdzie przebywał 8 tygodni pod silną strażą. Na skutek żarliwych próśb przewieziono go Wiednia. Już nigdy miał nie ujrzeć śląskiej ojczyzny i swoich dzieci. W Wiedniu Schaffgotsch został trzykrotnie przesłuchany w śledztwie. Prowadząca je komisja po tych przesłuchaniach zażądała zastosowania wobec niego tortur. Z Wiednia wraz z innymi aresztowanymi przeniesiony został do Pilzna, a następnie – gdy miastu zagrozili Szwedzi – do Budějovic (Budweis). Tu więźniowie cieszyli się sporą swobodą, chodzili na spacery i brali udział w bankietach i tańcach.
18 lutego 1635 r. oskarżonych przewieziono do Ratyzbony. Sądowi wojennemu przewodniczył feldmarszałek-porucznik freiherr Johann von Götz, w jego skład weszli dwaj generałowie, czterej pułkownicy, siedmiu podpułkowników, trzech rotmistrzów, trzech kapitanów, pułkownik polowy – profos Niklas Staffier i generalni audytorzy Sestich i Graß. Oskarżonym zarzucono wspólny z Wallensteinem zamiar obalenia cesarza w jego księstwach dziedzicznych, wymordowania jego rodu i przejęcia władzy w krajach do niego należących. Akt oskarżenia przeciwko Schaffgotschowi zawierał 51 punktów. Z pomocą doktora Halbrittera w ciągu czterech dni sformułował on odpowiedź na oskarżenie, składającą się z 20 stron. Liczne punkty oskarżenia zawierały oczywistą nieprawdę. (…) Głównym punktem oskarżenia były zarzuty, które postawiono na podstawie listu do Trčki i memoriału o Śląsku. List do Trčki zawierać miał przyznanie się do wiedzy na temat planów zdrady stanu przez księcia i stanowić jasne samooskarżenie; co jednak było zamierzonym kłamstwem. Dwór przykładał najwyraźniej większą wagę do notatek Ulricha na temat Śląska, niż do listu do Trčki. Pośród 19 punktów cztery w szczególności uważane były za dowód zdrady: 1) Jak należy zorganizować dochody cesarskie, 2) W jaki sposób sprawować urząd starosty kraju, 3) Kto winien zarządzać komorą skarbową, 4) W jaki sposób zmienić kompaktaty (traktaty) z Polską. Schaffgotsch nigdy nie uczynił najmniejszej próby, by wprowadzić w życie te propozycje Wallensteina. Jego winą było to, że się im nie sprzeciwił, oraz to, że je spisał. (…) Orzeczono, że ze względu na trwające jeszcze po spotkaniu w Pilźnie kontakty z Wallensteinem, nie obejmuje go łaska cesarska i 31 marca 1635 r. skazano go na śmierć. „Dla zachowania odpowiedniej dyscypliny wojskowej skazać go na zasłużoną karę i ustanowić odstraszający przykład poprzez odcięcie mu prawej dłoni jako wiarołomcy, a następnie jako wichrzycielowi, zdrajcy i obrazoburcy majestatu cesarskiego – wykonanie egzekucji mieczem w taki sposób, by głowa i tułów stały się oddzielnymi częściami”.
Po wygłoszeniu wyroku nadeszło pismo od cesarza z rozkazem, by sąd wojenny wydobył z Schaffgotscha wszystkie informacje. Nie widziano innej możliwości dojścia do prawdy, niż poddanie go torturom. Ponieważ jednak słowa „siłą” nie było w liście cesarskim, zażądano instrukcji. Audytor generalny i dwóch ławników udało się do Wiednia, przywożąc wyroki wydane na Schaffgotscha i czterech innych oskarżonych. (…)
Cesarz nakazał powołanie komisji prawnej do zbadania orzeczonych wyroków. Również ona zaproponowała zmianę stylu i formy, wydała też werdykt, że trzej oskarżeni winni zostać poddani torturom, a Schaffgotsch jako główny podejrzany ma zostać przesłuchany jako pierwszy. Cesarz zażądał jeszcze opinii pierwszej komisji śledczej, w której zasiadał wyrzucony w 1618 r. z okien praskiego pałacu (druga defenestracja praska) Slavata. Komisja ta oddała decyzję o torturach „w najłaskawsze ręce Jego Wysokości”. Po zaakceptowaniu decyzji o torturach przez króla węgierskiego, ławnicy sądy wojskowego powrócili do Ratyzbony.

Schaffgotscha przewieziono z aresztu domowego na wsi do ratusza w Ratyzbonie, gdzie w podziemiach znajdowała się izba tortur. W nocy z 4 na 5 czerwca w godzinach od 10 do 1 był torturowany. Uda związano mu konopnym powrozem, podobnie ramiona i dłonie za plecami. Do nóg przytwierdzono kamienie o wadze 2 cetnarów. Ramiona umocowano żelaznym hakiem do grubej liny. Następnie za pomocą kołowrotu wciągnięto go ku górze, aż zawisł, obciążony kamieniami. Komisja przedstawiła mu 11 pytań. Przy każdym z nich podciągano go do góry raz lub kilkakrotnie. W sprawozdaniu czytamy: „Na początku twierdził, że nic nie wie o tych sprawach i odpowiadał na wszystko „nie”, jednak wkrótce oświadczył, że przyzna się do wszystkiego”. W sprawie śląskiego memoriału zeznał, że na rozkaz Wallensteina spisał i podpisał rewers w swoim pokoju w samotności, bez obecności innych osób. Twierdził jednak, że miał na myśli wyłącznie zakwaterowania wojsk. „Gdy trzask pękających stawów i straszliwy ból zmuszały go do zeznań, przedstawiano mu kolejne pytanie, zadając dodatkowe cierpienia; jednak za każdym razem cofał swoją pierwsze zeznanie, osłabiając jego wymowę, mimo ogromnych mąk”. W sumie „mimo całego kunsztu kata nie wydobyto z niego niczego ważnego”. Kat rozciął więzy i nastawił wykręcone stawy. Sługa wraz z kapralem odprowadzili go do komnaty, gdzie rzekł do wiernego przyjaciela Konrada Wegerera „Spójrz, jak te katowskie łotry urządziły mnie, biednego robaka za wierną służbę cesarzowi!”. Przez ponad 3 tygodnie nie mógł poruszać ramionami, tak więc karmiono go i pojono.
Sąd Wojenny na kolejnym posiedzeniu zadecydował, że nie będzie dalszych tortur, ponieważ nie doprowadziły one do niczego istotnego. Sprawozdanie z przebiegu mąk Ulricha i ze zmienionym zgodnie z wytycznymi wyrokami trzech członków sądu udało się ponownie do Wiednia po ostateczną decyzję. Ulricha prośba o ułaskawienie skierowana do króla Ferdynanda została odłożona na bok, podobnie jak wcześniejsze jego prośby. Dworska Rada Wojenna oceniła, że przyznanie się do zredagowania memoriału jest kompletnym dowodem winy Ulricha, i że to on wraz z zabitym Wallensteinem stanowił główną postać „konspiracji”. Wobec pozostałych zalecono cesarzowi zastosowanie łaski i złagodzenie kary. Cesarz potwierdził wyrok na Ulricha 5 lipca 1635 r.
W oczekiwaniu na egzekucji Schaffgotsch musiał znosić kilkukrotne dysputy z jezuitami; dla nich byłby to niewątpliwy tryumf, gdyby zmienił wyznanie, ażeby otrzymać ułaskawienie. Około 19 lipca dotarła do niego wiadomość o potwierdzeniu wyroku. Począł się więc żarliwie i bogobojnie przygotowywać na śmierć. W końcu odnalazł się, a jego szlachetne cechy charakteru uwidoczniły się wyraźnie. Na piśmie pożegnał się z dziećmi i przyjaciółmi. W sobotę 21 lipca otrzymał dokument Sądu Wojennego potwierdzający wyrok. Egzekucję we własnej celi odrzucił; wolał umrzeć pod gołym niebem, przed całym światem, niż zostać zabitym w ciemnym kącie. Zapytano go, czy życzy sobie spowiednika, jezuitę. Poprosiło ewangelickiego duchownego. Ażeby dusza jego, którą ofiarować miał Jezusowi, była czysta, zjadł jedynie kilka kęsów chleba umaczanego w piwie. Niedzielę spędził na rozporządzaniu niewielkim majątkiem, jaki mu jeszcze pozostał. Po nabożeństwie porannym wyspowiadał się i przyjął Komunię Świętą. Po południu pożegnał się ze swoimi sługami. Czas do godziny 10 wieczorem spędził z ewangelickim duchownym. Gdy w poniedziałek rano słudzy przyszli go obudzić – spał mocnym snem. Włożył zwyczajne ubranie, a przybyłych duchownych zapewnił o dobrym śnie. Koło godziny 8 profos zaprowadził go do sali ratuszowej, w której zebrani byli rajcy miasta Ratyzbona. Każdemu z nich uścisnął dłoń, dziękując za to, że zezwolono na jego pochówek w kościele Trójcy Świętej. Gdy wyszedł z ratusza na zewnątrz, słychać było pośród zebranego tłumu szloch, co głęboko go wzruszyło. Wsiadł do zaprzęgniętego w sześć białych koni zwykłego wozu. Obok kroczył wierny przyjaciel Konrad von Wegerer. Przed gospodą „Pod Złotym Krzyżem” na łące wóz się zatrzymał. Ulrich został zaprowadzony przed oblicze Sądu Wojennego, zebranego w jednej z sal, gdzie odczytano wyrok i oświadczono mu, że cesarz odrzucił zastosowanie prawa łaski. Uderzył się prawicą w pierś i zakrzyknął, że nie jest buntownikiem, umiera niewinnie, jako wierny sługa cesarza. „Tych jednak, którzy stali się przyczyną mojej śmierci, w szczególności ciebie, Götz, zawezwę w dniu zmartwychwstania przed Sąd Ostateczny”. Następnie został poprowadzony na szafot. Uderzono w bębny, wzniesiono w górę sztandary. Freiherr szybko wszedł po schodkach, za nim Wegener i profos. Na górze ukląkł, pomodlił się, usadowił na podnóżku, mówiąc: „Oto oddaję się ciałem i duszą mojemu ukochanemu Bogu”. Wegerer odpiął mu kołnierzyk i zawiązał białą chustką włosy, następnie odszedł. Pojawił się kat, zrzucił płaszcz skrywający miecz i stanął z tyłu: „w jednej chwili egzekucja została szczęśliwie wykonana”. Krew trysnęła wysoko, Wegener ucałował głowę, zawiązał ją w czarną materię, odmówił Ojcze nasz nad ciałem i umieścił je z pomocą jednego ze sług w trumnie. 24 lipca o godzinie 11 wieczorem w ponad 100-osobowym orszaku w świetle pochodni przeniesiono trumnę na cmentarz kościelny, gdzie wśród śpiewów i przy udziale duchownych złożono ją w grobie.
czwartek, 19 czerwca 2008
Irlandia mówi NIE Lizbonie

Czuję się nieco schizofrenicznie, ale wygląda to całkowicie niegroźnie przy chorobie, na którą zdają się cierpieć liczni politycy Unii Europejskiej. Schizofrenia moja polega na tym, że wprawdzie jestem zwolennikiem Europejskiej Wspólnoty, jednak absolutnie nie w takim kształcie, w jakim usiłuje ją nam „zaserwować” traktat lizboński (dodam nieskromnie: przebrnąłem przez jego treść, choć z wielką trudnością i co rusz szukając wyjaśnień niektórych pojęć, a także realnych konsekwencji pewnych zawartych w nim idei). Bliska mi jest myśl Roberta Schumanna, ministra spraw zagranicznych Francji i jej twórcze rozwinięcie w postaci EWWiS i późniejszej EWG, odżegnuję się od Unii Europejskiej, w której rządzić będą tzw. silne państwa. I gówno mnie obchodzi Joanina, Nicea (albo śmierć) i inne niezbyt trwałe „bezpieczniki”: nie chcę, by za mój kraj decydował Sarkozy pod rękę z Merkel (lub ich następcy).
Choroba polityków unijnych zwie się „hypokrisis”, od greckiego: udawanie. Oto udają oni, że w Unii panować będzie demokracja, że głos narodów będzie słyszalny i wysłuchiwany, a wszelkie najważniejsze decyzje i przepisy wspólnotowe – ratyfikowane przez państwa członkowskie przed ich wejściem w życie. Pod jednym wszakże warunkiem: że głosowania nad ratyfikacją przebiegać będzie po myśli „wielkich” Unii Europejskiej. Już nasze rodzime „przepychanki” parlamentarne wzbudzały pośród decydentów unijnych niesmak, by nie powiedzieć potępienie.  i oto maleńka (pod względem ludności) Irlandia śmie powiedzieć Traktatowi Lizbońskiemu „NIE” w referendum narodowym. Natychmiast pęka niczym bańka mydlana cała „zasłonka” demokratyzmu: rząd irlandzki pod pręgierz („jak można było dopuścić do głosu naród, do cholery?”), Irlandia – won z Unii, a w najlepszym przypadku: won do grupy unijnych maruderów. Ani słowa o tym, że jeden z członków, zgodnie z prawem unijnym, wypowiedział w zero-jedynkowym referendum (można głosować wyłącznie albo za, albo przeciw) swoją opinię na temat niedoskonałego, ba – szkodliwego dla takich, jak Irlandia państw – traktatu. „Demokracja? Tak, ale na naszych warunkach!”, zdają się krzyczeć Barroso et consortes.
W styczniu 2009 r. prezydencję w UE obejmą Czechy – kolejne państwo „niskobudżto- we” (w porównaniu do wielkich), kolejne państwo, w którym entuzjazm dla Traktatu Lizbońskiego jest – delikatnie mówiąc umiarkowany. Trzeba więc przeczekać okres prezydencji francuskiej (lipiec-grudzień 2008) i stawić opór wielce prawdopodobnym manipulacjom Sarkozy’ego, wspieranego przez Merkel, mających na celu wprowadzenie w życie niedobrego Traktatu Lizbońskiego, a następnie podczas czeskiego przewodnictwa – raz jeszcze zastanowić się nad sensownością tworzenia Państwa Europejskiego na tak określonych warunkach.

poniedziałek, 09 czerwca 2008
Formula 1 versus Football


środa, 04 czerwca 2008
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Czy "popsuliśmy" Ziemie Pojałtańskie?

Natknąłem się w sieci na opublikowany 3 kwietnia br. w tzw. „Salonie24” wpis pod tytułem "Polska zniszczyła Ziemie Odzyskane tak jak małpa zegarek". Pan autor o przydługim pseudonimie Ras Fufu – Lew Salonowy, najwyraźniej człek bardzo młody, głosi w nim swoją opinię na temat powojennych losów tzw. „Ziem Odzyskanych” w aspekcie ich cywilizacyjnej, architektonicznej, kulturowej i przemysłowej degradacji pod polską administracją na przestrzeni lat 1945-2008 (zwrot „pod polską administracją” zapożyczyłem z zachodnioniemieckich podręczników do geografii z czasów, gdy w RFN w latach 70-tych chodziłem do ichniego „Gymnasium”, a mapy Niemiec w nich zamieszczone obejmowały północne i zachodnie tereny Polski, zaznaczone jaśniejszym odcieniem, niż pozostały obszar Niemiec i opatrzone opisem „unter polnischer Verwaltung”. Obszar NRD oznaczano wówczas dla odmiany skrótem SBZ [Sowjetische Besatzungszone]). Ras Fufu w swoim tekście, po przedstawieniu przykładów na przedwojenne, niewątpliwe osiągnięcia cywilizacyjne na tych ziemiach, stwierdza, że – cytuję: „Polska z Ziemiami Odzyskanymi zrobiła mniej więcej to, co małpa robi z zegarkiem. Zniszczono i infrastrukturę kulturalną i transportową. Miasta, które były aglomeracjami rozproszonymi mającymi dzięki tej infrastrukturze w swym zasięgu nawet 200-300 tys. ludności, po upadku systemu transportu stały się 40- 50-tysięcznymi miastami średniej wielkości. Przestały być regionalnymi centrami, jak przed wojną. Ludność przestała podróżować, przynajmniej na te dłuższe dystanse. Wielkomiejskość nagle stąd prysła”. I dalej: „Europejskość też. Kicz zastąpił przedwojenną elegancję i smak. Po niemieckiej stronie jest ładnie, po polskiej wygląda jak w Meksyku - wszędzie strip landscape” [...] „Upadła turystyka. Do Karpacza przed wojną przyjeżdżało po kilka pociągów dziennie z Berlina i jeden z Amsterdamu. Dziś na torach rosną drzewa, kolejka narciarska na Kopę to pojedyncze krzesełko niezmienione od 30 lat, poruszające się z prędkością emeryta, jakieś 3 km/h”. Dodać trzeba, że jak wynika ze słów autora, mieszkał on „w jednej z niewielkich wiosek po niemieckiej stronie granicy”, przez wiele lat (enigmatyczne to trochę, ale więcej informacji nie ma) i w związku z tym wie, że „Tam nawet na wsiach i w miasteczkach czuć wielkie miasta, musicale, opasłe gazety codzienne, przy których najgrubsze polskie to zwykłe tabloidy. [...] Niemcy to federalizm, tam ‘centrala’ bierze tylko swój udział w podatkach, ustala przepisy ramowe. Resztę robią landy, od telewizji publicznej (a jakże, regionalnej) po program nauki w szkołach. Rola niemieckiej ‘Warszawy’ jest zminimalizowana. Być może i tu byłyby "polskie Niemcy" gdyby nie polski centralizm”.
Wielce zajmujące są również komentarze do tego wpisu – było ich do 20 kwietnia aż 128 – z których jedynie część nosi znamiona merytorycznej dyskusji, większość zaś to takie bliskie naszej tradycji pieniactwo. Już pierwszy jest charakterystyczny dla pewnego sposobu myślenia: „Czyżby kolega rozpoczynał akcję tłumaczącą konieczność oddania Ziem zachodnich Niemcom?”. Są też inne: „A wiesz, że podobnych postów jest całe mnóstwo na forach, które ulubili sobie aktywiści ze związku wysiedlonych? Oni też świetnie mówią po polsku”.
Nie przypuszczam, by zamiarem pana Ras Fufu było wydanie zachodnich i północnych ziem RP Niemcom; wnioski i diagnozy autora są moim zdaniem płytkie i tylko w niewielkim stopniu uzasadnione – ale sam temat publikacji interesujący. Niejednokrotnie zastanawiam się podczas „łazęg” w Kotlinie Jeleniogórskiej, dlaczego wygląd niektórych (większości?) miasteczek i wsi jest tak zasmucający? Dlaczego wiele budynków, obejść, chałup i domów przedstawia „obraz nędzy i rozpaczy”? Zgoda: część zaniedbań (zniszczeń) tłumaczyć można PRL-owskim systemem polityczno-gospodarczym, brakiem środków i materiałów... Ale czy to nie jest w jakimś stopniu łatwizna? Podopolskie wsie w okolicy Góry Św. Anny, które poznałem w drugiej połowie lat 80-tych ubiegłego stulecia trwały w tym samym systemie, jednak ich obraz był o wiele estetyczniejszy, niźli tych wsi, z których poprzedni mieszkańcy wyjechali. Z drugiej strony zapamiętałem brud, zniszczenia i brak dbałości o „obejścia” we wsiach byłego NRD (to końcówka lat 70-tych) okolic Miśni i Żytawy. Jest też w cytowanym przeze mnie tekście wątek „architektoniczny” – o wyższości budownictwa niemieckiego i kształtowania przestrzeni urbanistycznej nad polskim. Zgoda: Zabobrze w Jeleniej Górze nie stanowi powodu do chwały, jak zresztą żadne blokowisko z wielkiej płyty. Pamiętać należy jednak, że stan kamienic w Rynku i wokół Rynku jeleniogórskiego w latach 1936-1945 był zatrważająco zły, niekiedy katastrofalny; ówczesny zarząd miasta musiał podjąć decyzje o częściowych wyburzeniach, które kontynuowane były (raczej słusznie z punktu widzenia inżynierii budowlanej) po II wojnie światowej. Gdzie więc ta niesłychana niemiecka dbałość o zachowanie „perełek” architektonicznych, o której wspomina Ras Fufu?
W komentarzach do wpisu autorzy odnoszą się do sytuacji w byłym NRD, gdzie do dziś – mimo niezliczonych miliardów marek (i euro) wpompowanych przez państwo po zjednoczeniu – w wielu prowincjonalnych miejscowościach panuje bałagan, a zainwestowane pieniądze nie zmieniły wyglądu takich wiosek i miasteczek. Czy to więc wina „bywszego” systemu, który do tego stopnia odcisnął się piętnem na świadomości i postawach ludzkich, że mimo stworzonych warunków finansowych – dalece lepszych, niż w Polsce – niewiele się zmieniło? Pisze autor z dużą dozą naiwności: „Gdyby te tereny dziś powróciłyby do Niemiec, przypuszczalnie nasz zachodni brat przysłałby sztab profesorów, którzy przypuszczalnie przeszczepiliby tu na powrót to, co było tu przed wojną, a oni nadal mają zaraz za zachodnią granicą. Przypuszczanie podobnie jak za Odra i Nysą, do wiosek, miast i miasteczek znów zaczęłyby kursować pociągi co kilkadziesiąt minut, i znów ładowanoby pieniądze w opery i teatry na głębokiej prowincji, zorganizowane w niemieckim stylu, bazujące na teatrach przyjezdnych”, a wspominając potencjalny przyjazd „niemieckich profesorów” – do żywego dotyka licznych germanofobów i głosicieli teorii o odebraniu nam przez Niemcy terenów pojałtańskich.

A jednak jest w wywodach Ras Fufu ziarno (a może cały worek ziaren) prawdy: przez nieomal pół wieku administrowania tzw. Ziemiami Zachodnimi napsuliśmy sporo – zarówno Państwo, jak i ludzie, a więc my, „nowi” (po ponad 60 latach po wojnie to już nie całkiem adekwatne określenie) mieszkańcy tych terenów. Na szczęście przez ostatnie 10-15 lat wiele się zmieniło, również mentalność ludzi i podejście do – nazwijmy to – architektonicznego i budowlanego dziedzictwa historycznego. Niegdyś owe liczne bardzo zaniedbane obejścia w podkarkonoskich wsiach zmieniają swój wygląd (i pewnie właścicieli). Zmiany następują nieustannie – i chyba warto pisać właśnie o takich pozytywnych przykładach (ot, choćby wioska Radzimowice [za Niemców: Altenberg] nad Mysłowem koło Kaczorowa, o którą „zahaczyłem” przed tygodniem) i głosić je, i popularyzować. Tym bardziej, że zmienia się coraz więcej i coraz szybciej: na pewno na „ładniej”, być może – „na lepiej”.


Radzimowice - ryneczek

wtorek, 25 marca 2008
Tragedia w Białym Jarze


27-letni instruktor narciarstwa, Szymon K. zginął w lawinie, która zeszła w sobotę 22 marca tuż przed godz. 16.00 w Białym Jarze w Karkonoszach. Ciało snowboardzisty wydobyto w niedzielę około godz. 14.00 spod trzymetrowej warstwy śniegu.

Akcja ratownicza trwała dwa dni. Ratownicy Grupy Karkonoskiej GOPR rozpoczęli ją natychmiast po tym, jak o dramatycznym wydarzeniu powiadomił policję kolega ofiary, który widział całe zdarzenie.  W sobotę poszukiwania prowadziło kilkudziesięciu polskich i czeskich ratowników górskich oraz strażaków. Po zmierzchu akcję trzeba było jednak przerwać ze względu na skrajnie trudne warunki atmosferyczne panujące w górach i zagrożenie zejściem ponownej lawiny w Białym Jarze. Trudną i bardzo niebezpieczną akcję zdecydowano wznowić w świąteczną niedzielę rano, mimo wciąż wielkiego zagrożenia lawinowego. Na potężnym lawinisku przez kilka godzin pracowało blisko 150 osób.

(zdjęcie - Nowiny Jeleniogórskie, D. Antosik)

Snowboardzista sam spowodował gigantyczną lawinę. Biały Jar, który jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Karkonoszach właśnie ze względu na bardzo wysokie zagrożenie lawinowe, jest zimą zamknięty dla turystów. Podcinając deską niestabilną warstwę śniegu wywołał w efekcie jedną z największych lawin, jakie kiedykolwiek zdarzyły się tutaj. Rozmiarami podobną to tej najsłynniejszej, która zdarzyła się w tym samym Białym Jarze niemal dokładnie 40 lat temu (20 marca 1968 r.).

Najszczersze wyrazy współczucia Matce i Siostrze Szymona.

 
1 , 2 , 3 , 4