Historyjki nie tylko z historii Jeleniej Góry i okolic
Click for Jelenia Góra, Poland Forecast counter
counter Katalog stron internetowych
środa, 12 marca 2008
Sagenhalle Hermanna Hendricha

    Przed 75 laty w Dolinie Siedmiu Domów stanęła Sagenhalle. Budynek według projektu berlińskiego architekta Paula Englera został wzniesiony w 1903 r., a swoim w wystroju nawiązywał do symboliki starogermańskich legend. Było to miejsce ekspozycji cyklu ośmiu wielkoformatowych obrazów poświęconych karkonoskiemu Duchowi Gór, którego Hermann von Hendrich przedstawiał jako personifikację sił natury. 60 lat temu 'Hala Baśni' lub 'Hala Sag' przestała istnieć. Kim był pomysłodawca i autor malowideł wystawianych w niezwykłej scenerii? Przemysław Wiater opisuje go tak: „Urodzony w Heringen, w Górach Harzu malarz Hermann von Hendrich (1854-1931) był artystą niepowszednim. Niewysoki, ze sporym brzuszkiem i niewielką bródką, a przy tym dynamiczny, pełen werwy i niecodziennych pomysłów”. W wieku 16 lat rozpoczął przygodę ze sztuką, ucząc się litografii u mistrza Theodora Müllera w Nordhausen. Wkrótce porzucił jednak czeladnictwo, by przyłączyć się do trupy aktorskiej – występował m. in. w Detmold i Düsseldorfie. Podczas studyjnej podróży do Norwegii w 1876 r. poznał mity i sagi nordyckie, zainspirowany nimi stworzył pięć obrazów o tematyce związanej z sagą Beowulfa Do Norwegii powrócił ponownie w 1885 r. W 1889 r. cesarz Wilhelm II nabył jego obraz „Atlantis”.

W 1901 r. na na Hexentanzplatz (Plac Tańca Czarownic) koło Thale w górach Harzu otwarta zostaje Hala Walpurgii - pomysł Hendricha. Miejsce to było wcześniej punktem spotkań i pogańskich tańców w świetle księżyca.

Dwa lata później w Szklarskiej Porębie Średniej powstaje Sagenhalle. W 1913 r. powstaje jeszcze jedna tego typu budowla: Nibelungenhalle w Königswinter.

Wystawione w Szklarskiej Porębie obrazy przedstawiały sceny pejzażowo-figuralne o posmaku baśniowym utrzymane w malarskiej stylistyce secesji („Ogród Ducha Gór”, „Bogini Wiosna”, „Zamek Ducha Gór”, „Wielki Szyszak”, „Śnieżne Kotły”, „Mały Staw”, „Wodospad Kamieńczyk”, „Górska grań”). Sam von Hendrich zamieszkał w swoim domu (nazwanym od jego nazwiska Hendrich-Haus), w pobliżu Sagenhalle. W 1927 r. malarz odstąpił gminie Szklarska Poręba swój dom i „Halę Baśni” w zamian za dożywotnią rentę. 18 lipca 1931 r. Hermann Hendrich zginał pod kołami pociągu w Szklarskiej Porębie. Nie wiadomo, czy był to wypadek, czy też artysta popełnił samobójstwo.

Po jego śmierci zamieszkał tutaj wybitny literat i naukowiec, dr Wilhelm Bölsche i utworzył w domu niewielkie muzeum geologiczno-przyrodnicze ukazujące bogactwa naturalne Karkonoszy i Gór Izerskich. Przemysław Wiater pisze: „’Hala Baśni’ była chętnie odwiedzana przez wypoczywających pod Szrenicą wczasowiczów. Rozpalanie wielkiego ogniska było kulminacyjnym punktem programu ‘Tygodnia św. Jana’- czerwcowego festynu ludowo-artystycznego, który w okresie międzywojennym odbywał się corocznie w Szklarskiej Porębie w tygodniu, na który przypadała Noc Świętojańska. Festyn ten był jedną z największych karkonoskich atrakcji. [...] Dużą popularnością cieszyły się pocztówki i wydawnictwa z reprodukcjami obrazów Hendricha poświęconych karkonoskiemu Duchowi Gór”.

Po drugiej wojnie światowej karkonoski Duch Gór nie cieszył się przychylnością ani nowych władz, ani dyspozycyjnych publicystów. R. Izbicki, specjalny wysłannik „Głosu Ludu”, w reportażu ze Szklarskiej Poręby, zanotował: Skończyć z Rübezahlem! Musimy równie ostro wystąpić przeciw 'uświęconemu' przez nadwornego tych okolic grafomana kultu niejakiego Rübezahla, co po polsku wypada dosłownie: Liczyrzepa. Z dziwnym uporem robi się z tego dziada z długą po kostki brodą, na golasa wałęsającego się po górach i w gruncie rzeczy złośliwego, tępego tworu niemieckiej fantazji literackiej - coś w rodzaju naszego Janosika lub wschodnio - karpackiego Dobosza. Na okładkach wydawnictw regionalnych, pocztówkach, wywieszkach reklamowych, szyldach sklepów i, pożal się Boże, "pamiątkach turystycznych" dziadyga ten z potworną maczugą w łapie ma symbolizować sympatycznego i... na dobitek słowiańskiego ducha Karkonoszy. Skąd u diabła ubrdało się komuś , że to ma jakiś sens w ogóle, a propagandowy w szczególności? A niechże ktoś wyrwie tę maczugę i dopóty po łbach tłucze, aż zatłucze na amen regionalne dziwowisko. W muzeum w Szklarskiej Porębie Środkowej pokazują te historie na kilkunastu "landszaftach". Narracyjna podkładka ma je zwiedzającym Polakom przybliżyć w odczuwaniu typowo... niemieckiej kultury. Nam się natomiast wydaje najwłaściwsze - spalić te bohomazy, spalić i inne jeszcze obrazy, ozdóbki na budynku, płaskorzeźby i wszystko, co trzeba, aby je więcej oko jako tako kulturalnego turysty nie zobaczyło. (Izbicki R., „W górach i chmurach”; „Głos Ludu”, 21.05.1947 r.)

W pewien czas potem obrazy Hendricha w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły, zaś „Hala Baśni” uległa zniszczeniu. Przypadek to, czy celowe działanie? Obrazy zresztą nie zostały odnalezione do dziś, zaś w miejscu Hali Baśni stanął koszmarny budynek Domu Wczasowego Politechniki Wrocławskiej.

wtorek, 11 marca 2008
IX wieków Miasta

Odbyła się wiec inauguracja 900-lecia miasta Jelenia Góra. Miejsce akcji: ul. 1 Maja oraz Konopnickiej na długości od Kościoła Łaski do Rynku, gdzie nastąpiła kulminacja. Czas akcji: godzina 19.00-22.00, dzień powszedni czwartek, 6 marca 2008. Osoby: w pierwszym rzędzie załoga Compagnie Malabar (francuski teatr eksperymentalny o uznanej renomie, mający za sobą występy m. in. w Gdański na Jarmarku Dominikańskim, podczas Festiwalu Malta), władze miasta, samorządu województwa, a także parlamentarzyści w ilości sztuk dwie lub trzy oraz – last but not least – publiczność w ilości około 500 osób (nie jestem dobry w naocznym szacowaniu).

Biały rozświetlony pojad-statek wyruszył niczym TGV (jednak w tempie pociągu relacji Jelenia – Wrocław) spod siedziby Jeleniogórskiego Centrum Kultury, jego załoga przygrywała na żywo w rytmie dance, trance i Vollenweidero-podobnym. W asyście hrabiny z ogromną peruką na głowie, z krzaków zza muru Kościoła Garnizonowego pojawiła się czwórka szczudlarzy. Ich ciała pokrywały biało-srebrne kostiumy. Aktorzy wyglądali jak kosmiczne motyle skrzyżowane z krewetkami i innymi morskimi stworzeniami. Aktorzy podśpiewywali, tańczyli i podrygiwali do muzyki płynącej z kolumn zainstalowanych na statku. Po drodze zatrzymywali się, odpalając race i sztuczne ognie. Ponadto pociągający wirtualnie z realnej butelki kapitan musiał kilkakrotnie przecinać rozwieszone w poprzek deptaka jeleniogórskiego linki do mocowania banerów, by okręt mógł przejechać. Po mniej więcej godzinie od startu pochód dotarł do Rynku (zwanego uparcie Placem Ratuszowym), gdzie rozegrała się finałowa sekwencja przedstawienia „Podróże do krainy wodnych marzeń”. Na obdrapanej fasadzie jednej z podcieniowych kamienic ukazał się świetlny napis: Viva la Jelenia Góra! Przemówienia też były – Panowie Prezydenci a nawet Pan Minister życzyli z pokładu statku. Wszystkim. I sobie również. Wreszcie w niebo wystrzeliły sztuczne ognie. Impreza się zakończyła, rozradowani mieszkańcy ruszyli w półmroku ulic starego miasta ku swoim domostwom.

Nie jestem specjalistą od oceniania walorów artystycznych tego rodzaju spektakli. Przemarsz deptakiem nawet mi się podobał (lubię wędrówki wszelkiego rodzaju). Sięgnę więc po opinię innych naocznych: „Jakie setki widzów? Było może ze 100 wszystkich widzów. A pokaz? Nie wiem czy większość nie odeszła zawiedziona poza pokazem sztucznych ogni. Nie wszyscy rozumieją taką formę sztuki no i tak dziwną muzykę. W sumie to nie ma co tak zachwalać bo żadna rewelacja” (~Jacol); ”A myślałem, że to trwa jeszcze wrześniowy ubiegłoroczny spektakl (Festiwalu Teatrów Ulicznych – przyp. autora). (...) Jak na początek święta Jeleniej Góry to i tak nieźle, a można by przy tej okazji zrobić Dni Hiszpanii lub jakiejś innej Francji, bo jakieś doświadczenie w tym nasze miasto posiada. Wysiłek specjalistów od promocji Jelonki jest, jak widać ogromny. W każdym miejscu widać, że świętujemy. Oczami wyobraźni widzę na rogatkach mojego miasta kolorowe banery informujące przybyszów ze świata jakież to wspaniałe święto obchodzimy w naszym dziewięćsetletnim grodzie i co możemy zaoferować naszym gościom własnego, wywodzącego się właśnie stąd, takiego NASZEGO. Po cóż Francuzi, kiedy mamy np. barwnego Milińskiego. Niech ta promocja miasta będzie rzeczywistą promocją Jeleniej Góry, jej mieszkańców i całego regionu. Nigdy nie przestaniemy być zapyziałym grajdołkiem, jeśli nasi włodarze nie będą cenić i szanować lokalnych artystów i przedsiębiorców” (~stefek);

Zdjęcia publikuje zarówno portal Jelonka.com, jak i nasza kochana tygodniówka włażąca każdej aktualnej władzy w... no gdzieś tam.

sobota, 08 marca 2008
H. Hendrich - obrazy z "Hali Baśni"

Reprodukcje zaginionych obrazów z "Hali Baśni".

O Hendrichu i samej Hali - powyżej.







wtorek, 04 marca 2008
Artystyczna Szklarska Poręba - rok 1933

Mieszkająca w Szklarskiej Porębie od 1923 r. Hanna Fechner (z domu Riehm) napisała w maju 1933 r., na rok przed śmiercią, poniższy tekst, który ukazał się w 'Der Türmer', zeszyt nr 8/1933. O autorce więcej u Przemka Wiatera na "Karkonosze.ws".

Szklarska Poręba jako ośrodek kultury i sztuki


    Przy Dorfstraße w Średniej Szklarskiej Porębie ciągle jeszcze stoi wiejska chata z przynależnym terenem pełnym starych drzew, mieniących się żywymi kolorami łąk, z przepięknym widokiem na prastare góry; miejsce, które stało się zaczynem duchowego życia Szklarskiej Poręby - dom Carla Hauptmanna. Gdy oto Carl i Gerhart Hauptmann wraz ze swoimi małżonkami w 1890 r. wędrowali w górach od Świeradowa Zdroju do Szklarskiej Poręby w poszukiwaniu malowniczej siedziby artystycznej, niczym objawienie ujrzeli nieruchomość Simona przy Bergstraße, obok gościńca „Zur Sonne” i postanowili ją nabyć. Transakcję zawarto niezwłocznie.

    Nazwisko Hauptmann działało niczym magnes, przyciągający do Szklarskiej Poręby znane postaci świata kultury z daleka i z bliska, na dłużej lub na krócej. Przybyli więc do Szklarskiej Poręby Średniej Wilhelm Boelsche, Hanns Fechner, Hermann Hendrich, Bruno Wille, Geor Reicke, Werner Sombart, John Henry Mackay, a także Franz Metzner i Fritz Rumpf – uznani artyści, pisarze, uczeni. W taki sposób powstała – być może niezbyt szczęśliwie nazwana w taki sposób – Kolonia Artystyczna w Szklarskiej Porębie Średniej, przysparzając tej cichej wiosce wielkiej sławy. Ileż głębokich przemyśleń tu snuto, ileż pomysłów przekuto na dzieła artystyczne! Ludek ów miał nieskończoną ilość pomysłów. Niejedno wesołe spotkanie artystyczne, nie jedna żmudna godzina pracy geniuszy mijały w „szwedzkim pawilonie” w ogrodzie Hauptmannów. Nie bez powodu „Święta Azów” – ku czci dynastii bogów nordyckich – cieszyły się tak wielką popularnością i gromadziły sporą grupę przyjaciół, którzy na terenie Hendrychowskiej „Hali Baśni” czcili dzień św. Jana, dzień letniego przesilenia słonecznego. Początkowo odbywały się nieformalne spotkania w gościńcu „Sonne”, w izdebce zwanej „Himmelschlüsselschen” („Kluczyk do nieba”), w karczmie „Zur Preußischen Krone” („Pod Pruską Koroną”), później w Domu Rzemieślnika. Dysputy bywały ostre, często iskrzyło mocno pomiędzy zgromadzonymi. Piękne to czasy! Dziś zacierają się o nich wspomnienia. Niejedna z gwiazd przyblakła, inne zgasły, firmament poczerniał. Spośród starego kręgu w Szklarskiej Porębie pozostał jedynie Wilhelm Boelsche, ciągle młody, ciągle pełen pomysłów, który przy stole w gospodzie „Bachstelze”, gdzie w wolne sobotnie wieczory piło się w kręgu przyjaciół i rozmawiało o rzeczach wesołych i poważnych, wspominał dawne czasy. Niechaj Bóg was błogosławi, starzy bohaterowie ducha, niechaj błogosławiona będzie pamięć waszych nazwisk, myśli, słów i dzieł, krążących gdzieś we Wszechświecie, wspomagających ludzkość w postępie, obdarzających ją głębią i podniosłością. Ciągle przecież macie moc, płynącą z waszych dzieł.

Jak już jednak powiedziano: wspomnienia nie umarły, żyją własnym życiem. W domu ojca i matki, genialnej malarki, mieszka Ilse Reicke, która w swoich utworach pisarskich, podczas publicznych odczytów – całą swoją osobowością niezmordowanie reprezentuje współczesny ideał kobiety., wychowując swoje trzy córki, tak bliskie jej duchowo, na swoje następczynie. Również dom Johna Henry’ego Mackaya nie opustoszał: żyje tam i tworzy autor opowiadań Hans von Hülsen, mąż Ilse Reicke. Przy Oberweg dostojnie prezentuje się „Dom Zimmermann”, świątynia muz. Dla tego, kto przekracza jego progi, jest to niczym wstąpienie do skarbca pełnego zgromadzonych ze znawstwem ksiąg i dzieł sztuki. Doktorowie Joachim Zimmermann i Johannes Guthman mieszkają tutaj w miesiącach swojej artystycznego, literackiego natchnienia. Pośród odwiedzających ten całkowicie otwarty dla gości dom są postaci o wielkich nazwiskach. Wokół domu Fechnera wyczuwa się ciągle jeszcze obecność wielkiego artysty, który przezwyciężył tu nieodwracalne kalectwo, ślepotę, pisał wesołe książki i stał na straży nieprzemijających dzieł malarskich. „Hala Baśni” Hermanna Hendricha kryje liczne przedstawienia starogermańskich mitów i legend karkonoskich. Powstał również plan, by przekształcić dom Carla Hauptmanna w stały ośrodek kultury i sztuki, w którym – obok pamiątek po braciach Hauptmann – swoje miejsce znalazłoby także muzeum regionu. Zaiste piękna idea, dzięki której wystawiony zostanie pomnik nieśmiertelności wielkim artystom ze Szklarskiej Poręby.

Przejdźmy do domu Fabera, do miejsca zamieszkania ukochanego i szanowanego mistrza Hermanna Stehra, który tu, w zaciszu gór i lasu, w zapamiętaniu nadaje formę i życie swojej artystycznej duchowości. Kto chociaż raz spędził z poetą godzinę w wypełnionej artystycznym duchem atmosferze jego domu, poznał jego małżonkę, będzie pod ich wrażeniem do końca życia.

Co jednak z mistrzami palety i pędzla? Również o nich pamięć nie umarła. W 1922 r. walczący niezmordowanie o dobro sztuk pięknych mistrz Hanns Fechner założył „Stowarzyszenie artystów sztuk pięknych pod wezwaniem Św. Łukasza”. Patron ów okazał się jak najbardziej godnym wyborem. W dalszym ciągu trwa w hotelu „Zackenfall” gildia artystów. Najprawdziwsza, szlachetna sztuka regionu ciągle wystawiana jest w tych pomieszczeniach. Najgłębsze życzenie założyciela, by prawdziwa sztuka znalazła tu azyl, zostało spełnione. Oto właśnie tu wspólnota Św. Łukasza pod opieką pierwszego przewodniczącego, profesora Dell’Antonio – rzeźbiarza i dyrektora Szkoły Snycerskiej w Cieplicach – wiedzie swój artystyczny żywot. Należą do niej: de Paul Aust, profesor Arnold Busch, Werner Fechner-Weimar, Franz von Jackowski, Alfred Nikisch, profesor Alexander Pfohl, Hermann van Rietschoten, Ludwig Schmidbauer, Artur Wasner, Arthur Ressel.

Czyż jednak w historii artystycznej tej miejscowości mogłoby zabraknąć kobiet? Przeciwnie – w pierwszym rzędzie należałoby tu wymienić pionierkę kulturowej tożsamości Szklarskiej Poręby, panią Annę von Koeckritz, której nazwisko zapisane jest złotymi zgłoskami w historii tej miejscowości. Jej piękny, położony nad Bieleniem dom przez wiele lat stanowił ośrodek duchowych i artystycznych działań w Szklarskiej Porębie. Dzięki wrodzonemu taktowi potrafiła ona zgromadzić natchnionych artystów, a także wspomagać ich. W sferze społecznej to ona stworzyła podwaliny sławy Szklarskiej Poręby i jej mieszkańców. Niechaj pozostanie w naszej pamięci!

Któż z odwiedzających Szklarską Porębę nie zna „Felderbusch”?! Tej oazy duchowego życia w jakże zmaterializowanych czasach. Duch Carla Hauptmanna, poety w istocie nieznanego i nie do końca zinterpretowanego, który w tym miesiącu obchodziłby 75 rocznicę urodzin, trwa tu dzięki jego pierwszej żonie, Marcie Hauptmann. Co czwartek spotykają się tu z nią przyjaciele zmarłego pisarza.


Jakże wielu gości pielgrzymuje do domu Joanny Lotty Hauptmann, jedynej siostry braci-pisarzy, by wysłuchać kolejnych opowieści z nieprzebranej skarbnicy historii i anegdot na ich temat. Muzyczny ośrodek stanowi przesiąknięte melodią domostwo Anny Teichmüller, córki filozofa Gustava Teichmüllera. Długoletnia przyjaciółka, a także muza Carla Hauptmanna, potrafiła jak nikt inny przełożyć treść wielu jego lirycznych dzieł na dźwięki muzyki. Wiele postaci kobiecych, wiele domostw przesiąkniętych miłością do sztuki wymieniać można jeszcze – lecz dość! Nie starczyłoby tu na to miejsca.

środa, 27 lutego 2008
Cleese i BZWBK - bezkonkurencyjne!
Hans Rischmann

Nawiązując do notki poprzedniej o spacerze ze Staniszowa do Cieplic: wyimek z „Jeleniogórskich Ciekawostek”, czyli kroniki miasta Jelenia Góra autorstwa pana Davida Zellera. Dotyczy on przedziwnej postaci niejakiego Hansa Rischmanna vel Georga Rischera, takiego naszego Nostradamusa (przy zachowaniu wszelkich proporcji). Jego proroctwa przez wiele lat krążyły wśród miejscowej ludności, a przepowiadał on rzeczy przeróżne: wojny i nieszczęścia, których zapowiedzią będzie zatrzymanie się wód rzeki Kamiennej (i w istocie miało to miejsce), klęski natury, jako karę boską za nie dość religijne życie (także ocieplenie klimatu!) oraz – rzekomo w jednej z wizji – „oderwanie części Prus przez Polskę” (i tak stało się w 1918 r.). Pan Zeller w taki sposób, „z drugiej ręki” opisuje jeden z występów Rischmanna na Witoszy koło Staniszowa:
>>
W 1632 r. wiele zamieszania narobił tu Hans Rischmann, w szczególności, gdy 19 lipca wspomnianego roku wygłosił dalekosiężne proroctwo, które krążyło w wielu odpisach.
Przyp. autora
: Według wiarygodnych doniesień na temat tego, co wydarzyło się 9 sierpnia 1630 r. około godziny 7. wieczorem w Staniszowie na wzgórzu zwanym Prudelberg (Witosza) z udziałem George Rischera (najczęściej zwanym Hansem Rischmannem), mieszkającym w Głębocku, nie umiejącym ani pisać, ani czytać, wieku około 40 lat, które to informacje przekazał nam dobry przyjaciel, wiemy, co następuje: duch jakowyś miał prowadzić owego Rischmanna przez góry i doliny, przez wody, na najwyższe szczyty i wieżyce, do zamkniętych kościołów i zakrystii, nie czyniąc mu krzywdy cielesnej; napotkać go miało wielu Jeleniogórzan, a swoje proroctwa głosił on już w wieku 13 lat. Przez pewien czas żołnierze stacjonujący w Jeleniej Górze trzymać go mieli w areszcie i zamierzali go zabić, na co się jednak nie odważyli. Na owym wzgórzu zwanym Prudelberg (Witosza) zebrało się podówczas około 36 osób, a niemowa ten, George Rischer (Hans Rischmann), początkowo leżąc na wznak na skale, przykrytej dwoma grubymi głazami, jednak z prześwitem z przodu i z tyłu, nagle zrobił się blady, a ciało jego pulsować poczęło, jakby w środku biegały krety lub wiły się węże, które wreszcie uniosły go ku górze. Gdy po chwili czas jakiś spokojnie leżał na skale, duch ów ustami jego dźwięki wydawać począł, niczym werble polowego werblisty, a następnie jak hejnał wzywający do boju, a następnie duch począł przemawiać przez owego niemowę silnym męskim głosem: „Zaprawdę, zaprawdę, ja, Duch, powiadam wam, przemawiając przez tego człowieka od roku 1617, że oto nastąpił rok, który uprzednio przepowiadałem, dlatego ten biedny niemowa, przez którego przemawiam, ostrzegał was wcześnie, lecz ze względu na wasze niedowiarstwo zamilknąć musiał do chwili, gdy wszystko się spełni. Gdy zaś wszystko się dokona, mówić będzie znów, niczym normalny człowiek. A jeśli nawet uważacie go za czarownika, wyznawcę czarnej magii i kłamcę – dowiedzcie się w swej hańbie i zepsuciu, w jaki sposób Bóg ukarze was za niewierność, a także o wielu innych rzeczach”.  Natenczas duch w nim począł grać na organach, tak jak dzieje się to w kościele podczas zwykłego nabożeństwa przed odśpiewaniem wyznania wiary, następnie odezwał się w obcej i nieznanej mowie, w tonacji, jakiej używa się przed ołtarzem przy śpiewaniu Ewangelii i Epistoł, uniósł prawą rękę ponad głowę, jakby powiewał chorągwią, przemawiał jeszcze i śpiewał w nieznanym języku, powtarzając często następujące słowa: „Rabias, Madias, Sablias”, aż wreszcie uczynił ręką gest odcinania głowy; wydał z siebie straszliwy wrzask, niczym Turcy i Tatarzy, gdy szykują się do bitwy, a wszystko to czynił ów duch głosem silnym, lodowatym, choć przecież człowiek ów miał mieć głos słaby, prawie kobiecy. Wówczas człek ten stanął na nogach, jak mówi autor tej opowieści, który wszystko ze zdumieniem obserwował, i napomniał zebranych, by nie traktowali tego jako żart, lecz jako gniew i łaskę boską, by modlili się żarliwie i czynili pokutę, albowiem nie jest to w żadnej mierze blaga. Żałował ów autor jedynie, że nie zna tej obcej mowy. Dodał jeszcze, że człek ów stał się sławny w Jeleniej Górze i Ciepłym Zdroju i w okolicach oddalonych o wiele mil, a we wszystkich miejscowościach powtarzano o nim przeróżne historie. Wspomniany autor zwie się Dan. Pr., który wraz z panem El. Fule przybył 6 sierpnia z Brzegu w odwiedziny do przyjaciół w Mirsku na Kwisą i 9 sierpnia zawitał w Miedziance, następnie w Łomnicy, gdzie miejscowy proboszcz, pan Balthasar N. opowiedział mu o tym niezwykłym człowieku, na skutek czego udał się on na Witoszę, by rzecz całą zbadać i dokładnie obejrzeć. Stąd wydaje się, że nie należy wątpić w prawdziwość tej opowieści.<<

niedziela, 24 lutego 2008
Staniszów - Marczyce - Cieplice

...czyli letni spacer w zimowym miesiącu.

Datę tego spaceru chcę zaakcentować bardzo mocno: 24 lutego 2008 r., niedziela. A to z następującego powodu: pogoda - niebo bezchmurne, temperatura w cieniu plus 14 może nawet 16 stopni C, w słońcu do 22 st. C, oczywiście na plusie... Oczywiście?

Jak na niedzielę przystało, wędrówka rozpoczęła się przy kościele p/w Przemienienia Pańskiego w Staniszowie. Koło cmentarza dwie poniemieckie tablice nagrobne, jedna z takim oto napisem: 9.12.1885 r. - Ernst Meyer, książęcy woźnica, którego niespotykana wierność i zręczność zapewnią mu wieczną pamięć. Arystokratyczny ród von Reuß pożegnał wiernego sługę.


Za kościołem w tle widoczne wzgórze Witosza, niegdyś Prudelberg, na którym stała jedna z licznie budowanych w Niemczech „Wież Bismarcka”, poświęconych „Żelaznemu Kanclerzowi”, zniszczona po wojnie (ostał się jeno cokół).


Zaraz za Staniszowem nieomal nieczytelny drogowskaz (oznaczenie szlaku) postawiony przez RGV.


Droga przez las prowadzi na szczyt wzgórza Grodna (Stangenberg), na którym ruiny (niegdyś sztuczne, dziś niestety jak najbardziej naturalne) zamku księcia Henryka, w którym urządzony był pokój myśliwski, odbywały się spotkania i herbatki. Utworzono tu polany widokowe, tarasy ziemne, amfiteatr. Na powierzchni ponad 1,4 ha zespoły zieleni wysokiej tworzą tu: świerki, buki, jawory i brzozy; wśród parkowego drzewostanu odnajdziemy też 8 dębów szypułkowych, 2 sosny czarne, choina kanadyjska i cyprysik groszkowy. Na terenie parku wokół pałacu w Staniszowie Górnym znajdowały się sztuczna grota, pustelnia, wiszące skały, rozlegle polany i osie widokowe, które zaskakiwały wspaniałymi otwarciami z jednej strony na pasmo Karkonoszy, a z drugiej na Kotlinę Jeleniogórską. Ostatnim przedwojennym właścicielem był hrabia Henryk XXXVIII von Reuß. Jego posiadłości - park i lasy - zajmowały łącznie 194 ha.



Izabela Czartoryska, która w pierwszej połowie XIX wieku była w Kotlinie Jeleniogórskiej tak oto wspomina wypad do Stonsdorfu: „ ... a później wybraliśmy się do Staniszowa. Wieś ta stanowi własność hrabiego Reuß, ten sam gust, który podziwialiśmy w Bukowcu, znaleźliśmy tutaj. Przyroda tu piękna, położenie zachwycające. Nic nie zostało zepsute i wszystko, co jest dziełem ręki ludzkiej, zdaje się być dziełem Natury. W ustronnym lesie stoi na skale mała pustelnia; przed nią skała zawieszona niemal w powietrzu, oparta na krawędzi kamienia, który się tam stoczył. Wygląda to nadnaturalnie, gdy się nie wie, jak to zostało zrobione; a to co nam powiedział ogrodnik: skała, która nas wprowadziła w zdumienie, jest ogromna i z dawien dawna oparta na dwóch masywach skalnych. Hrabia Reuß rozkazał usunąć całą ziemię, obecnie skała zawieszona jest w powietrzu, dołem można przejść, usiąść. Pustelnia wykuta w skale budzi zainteresowanie i każdy z przyjemnością przystaje na chwilę w tym ustroniu."


Stamtąd miłym niebieskim szlakiem do Marczyc i do samego centrum Cieplic.

piątek, 22 lutego 2008
Jablonec nad Nissou

Dnes je pátek 22. února 2008. (Svátek má Petr)

A wczoraj byłem w Jabloncu nad Nysą. O stolicy Jablonexu słów kilka: nieomal 50 tys. mieszkańców mieszka tam na południowych, zewnętrznych stokach Gór Izerskich. Historia miasta (a właściwie osadnictwa) sięga XVI w. i związana jest z powstaniem pierwszej huty szkła na terenie dzisiejszej miejscowości Mšeno (3 km od obecnego centrum Jablonca). Biżuteria późniejszego Jablonexu pojawia się w pierwszej połowie XVIII w. Prawa miejskie Jablonec otrzymuje w 1866 dekretem cesarza Franciszka Józefa.


Centralnym placem miasta jest Mírové náměstí z ratuszem (radnice), powstałym w 1932 r. Nowa siedziba władz wybudowana w stylu budynków funkcjonalistycznych okresu międzywojennego, jest po prostu brzydka, ale – no właśnie...: „funkcjonalna”.


Stary ratusz na Dolním náměstí pełni od tego czasu (do dzisiaj) funkcję biblioteki miejskiej.


Kamieniczki na Starym Mieście są niewielkie, jedno-, dwu- maksymalnie trzypiętrowe, widać starania władz miasta o ich renowację: niegdyś szary i brzydki Jablonec zyskuje nowe oblicze. Od 2005 roku przeprowadzana jest rekonstrukcja niektórych ulic i placów. Od kościoła św. Anny w kierunku Dolní náměstí i ulicy Lidicka strefa ruchu pieszego została poszerzona o ulicę Soukeną i Dvorską. W 2006 roku zmienił się też ogólny wygląd i przeznaczenie Dolního náměstí. Ten drugi najstarszy w Jabloncu plac służył przez ostatnie dziesięciolecia przede wszystkim komunikacji miejskiej, obecnie jest częścią pasażu dla pieszych pokrytego ładną kostką brukową, rozciągającego się nieomal na cale Stare Miasto.


Najpiękniejszymi obiektami historycznymi są Kościół św. Anny (1687r.)...


ewangelicki kościół doktora Farskeho...



oraz przepiękna siedziba Muzeum Szkła i Biżuterii.

Jablonec wieczorem:


czwartek, 21 lutego 2008
100 dni Donaldu Tusku...

...i NABROILO się

poniedziałek, 18 lutego 2008
Olbrzymie Góry z widokami nayznakomitszemi

Fragment przewodnika wydanego w polskim tłumaczeniu w 1827 r

Olbrzymie Góry z widokami nayznakomitszemi, porządkiem po sobie idącemi, w dwudziestu dwóch rycinach wystawione,

wraz z Mappą,
ułożone przez

Karola Mattisa
w Szmidebergu
a wyłożone na polski język
przez

Ur. J. Kołodziejowskiego

+fragmenty z nielicznymi poprawkami od publikującego,
dokonanymi ku polepszenia czytelności+

Wszystkie kraje górzyste, mają swoje własności tak co do klimatu, jako też co do składu natury, a mieszkańcy ich, tak w ubiorach, jako też w obyczajach, nadzwyczajnie różnią się od zamieszkałych doliny. Podobnie, jak mieszkańcy gór Tyrolu i Szwajcaryi, tak tutejsi, swoje szczególne mają, zwyczaje, obyczaje, sposoby życia i zatrudnienie; co wszystko wędrownikowi liczną udzieli materią do rozmaitych uwag. Nawet budowa domków górzystych, zupełnie się różni od tych, które na równiach są wystawione; albowiem mieszkańcy przy ich wystawieniu, więcej mają na względzie wewnętrzne, do wygody służące rozporządzenie, niżeli zewnętrzną ozdobę; ile, że zimową porą, zbyt wielkie śniegi, domy ich prawie pod same strzechy zasypują. Domy z blochów pobudowane, w wysokie dachy szkudłami pobite opatrzone, wszystkie są na jedną formę stawiane; w nich znajduje się wszystko, co do gospodarstwa górzystego należy, jako to: izba mieszkalna, komory, obory, schowania do mleka, siana i. t. d. wszystko, to, znajduje się pod jednym dachem. Domy te, nazywają się w ogóle Baudy; niektóre z nich pojedynczo są wystawione po górach, a większa część składa wioski. Kiedy wiele śniegu upadnie, a domy ich kilka miesięcy nim są okryte, w ten czas mieszkańcy mało co z sobą przestawają; albowiem dla domowego zatrudnienia, mało mają czasu odległych odwiedzenia sąsiadów, a jeżeli się dzieje zimową porą, wtedy używają - tak nazwane - obręcze śnieżne: są to małe zwyczajne obręcze 10 cali w przemiarze trzymające, takowe poprzeplatają w kształcie siatki sznurkami, a utwierdziwszy ie pod butami, z przybranym kijem do podpierania, na powierzchni śniegu bezpiecznie postępują; albowiem znaczny obwód obręczy, zabezpiecza idącego od zagrzęźnienia w zaspach śniegu. Mają, takźe tę przezorność, iż dla niechybienia ścieżków, zatykami o 50 kroków od siebie odległych, one oznaczają, które w czasie zawiejów i mgłów, idącym za drogowskazy służą. Hodowanie bydła jest u nich najpryncypalniejszą gałęzią przemysłu i dobrego mienia; a że im na tłustej paszy, po większej części z zielnej trawy nie zbywa, znaczną ilość krów i kozów chowają. Pospolicie rachują, iż w 2600 domach gór Czech i Śląska, mieści się około 20.000 krów, 8 do 10.000 kóz. Niektórzy mieszkańcy owych Baudów, zniewoleni są w góry na odległe pastwiska bydło swoje na całe lato wypędzić, gdzie dla niego wystawione mają szopy, i takowe dopiero po 14 lub 16 tygodniach do domów przypędzają, co pospolicie w końcu Września dzieje się. Pierwsze wypędzenie bydła na latowe pastwisko, poczyna się w dzień św. Jana, i jest u mieszkańców wielką uroczystością. Sąsiad odwiedza sąsiada, pospolicie częstują się setami szczególnej formy i dzień ten wesołą biesiadą uświetniają. Zwykle, wychodzi trzoda z rana o 6 i wraca się o 7 godzinie wieczorem z pastwiska. Na czole trzody idą kozy, a za nimi postępują krowy: a że każde z nich ma dzwonek na szyi zawieszony; przeto rozmaity brzęk, pomieszany rykiem bydła, kóz beczeniem, świstaniem lub wołaniem wesołych pastuchów i hożych pasterek, podziwiający sprawuje widok. Sposób życia, gór mieszkańców jest bardzo jednostajny, mierny, lecz porządny: żywią się po części mlekiem, serem i śniadym chlebem; a na czas przynoszą sobie z okolic dolin kartofle. Mięso bardzo rzadko używają i to tylko w dnie uroczyste: piwa, wódek wcale nie piją , a przynajmniej bardzo rzadko. Ochędóstwo cechuje ich wrodzoną właściwość, dlatego każdy przychodzień z prawdziwym ukontentowaniem do poziomych domków wstępuje; albowiem gdzie oko spojrzy, - wszędzie widzieć się daje ochędożność i porządek: naczynia nawet mleczne są biało-szklące, i nigdzie me daje się spostrzegać odrażająca nieschludność ; pomimo że w jednym domu 3 i 4 familie razem się mieszczą. Często się zdarza, że na tych szczytnych górach, pod kurtyną dobrego bytu, naczas ubóstwo się ukrywa, co w naturze rzeczy leży, bo pospolicie bogactwu dojmujące towarzyszy ubóstwo. Potrzeby mieszkańców górzystych są w ogóle bardzo ograniczone, największa część spoczywa na słomie, lub usłanym mechu, tylko majętniejsza klassa używa pościeli. Dzieci ich wyrastają w niewinności rajskiej i chodzą aż do czwartego roku bez koszul. Prócz hodowania bydła, zatrudnia się większa część mieszkańców rąbaniem drzewa, paleniem węgli, najmem, zbieraniem islandzkiego mechu, jagód, korzonków i roślin lekarskich. Opis niniejszy ograniczony na ogóle gór własności, wzbudzi, ciekawość przychodnia do zwrócenia uwagi na szczególne przedmioty; albowiem zawiadomiony o rzeczach ważniejszych, spostrzeże nader wiele innych, o których żadnej nie było wzmianki; oraz niejedną zadziwiającą piękność i wytworność odkryje, która się nie da ani opowiedzieć, ani piórem określić. Zapewnić przy tym każdego można, że trudy podróży po górach olbrzymich podjęte, sowicie wynagrodzone będą, a obrazy przyjemne niektórych miejsc, przeplatane okropnością, staną mu się na zawsze słodkim przypomnieniem, a może postaciami ich, wyobraźnia na zawsze zajętą zostanie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10