Historyjki nie tylko z historii Jeleniej Góry i okolic
Click for Jelenia Góra, Poland Forecast counter
counter Katalog stron internetowych
środa, 30 kwietnia 2008
Szkło artystyczne w Muzeum Karkonoskim

    Niewątpliwie najcenniejszym zbiorem znajdującym się w Muzeum Karkonoskim jest kolekcja szkła artystycznego. Podwaliny pod nią stworzył – po części niezamierzenie – sam Hugo Seydel, jej rozwój nastąpił jednak przede wszystkim w drugiej połowie lat 30-tych XX wieku, a także (a może przede wszystkim) po II wojnie światowej. Jeleniogórska kolekcja szkła artystycznego należy do największych zbiorów w Polsce. Liczy ona około 7000 obiektów i posiada przeszło 150-letnią tradycję, jest też ogniwem łączącym wcześniejszą historię produkcji szkła na Śląsku z jej losami w powojennej Polsce.
    Dr Seydel starał się dokumentować rozwój szklarstwa w Karkonoszach, o czym pisze na łamach swojego dziennika: ”Od samego początku miałem usposobienie do zbierania przedmiotów, które dawały świadectwo o naszych górskich okolicach i obecnych czasach. W pierwszej kolejności wchodziły w rachubę obrazy na płótnie, produkcja szkła, uszlachetnianie szkła za pomocą szlifowania, rytowania i malowania, snycerstwo, rytownictwo”. W dawnym Riesengebirg-Vereins-Museum funkcjonującym do 1945 roku zgromadzono znakomite zbiory szkła: od kunsztownie rzeźbionych pucharów szklanych braci Christiana Gottfrieda i Samuela Schneiderów począwszy, poprzez świetne przykłady z innych pracowni cieplickich, wśród których wymienić należy prace Johanna Benjamina Reichsteina, Carla i Paula Hensela, Ehrenfrieda Pausera, aż po obiekty Friedricha Wilhelma Siebenhaara, najwybitniejszego modelarza i rzeźbiarza herbów, pieczęci i szkła, niedościgłego w swym kunszcie wysokiego reliefu (kamee).
    Przedwojenna kolekcja szkła artystycznego liczyła około 2000 sztuk. Niestety wiele przedmiotów zaginęło podczas zawieruchy wojennej. Liczne eksponaty po wojnie zabrano zaś do Muzeum Narodowego we Wrocławiu albo do Warszawy. Dziś niektóre przedmioty noszą tam jeszcze nalepki z numerem inwentarzowym RGV. Muzeum Miejskie w Jeleniej Górze otworzono dla zwiedzających w 1947 roku. Podczas przeprowadzonej inwentaryzacji stwierdzono, że pozostało w nim ok. 700 obiektów szklanych. W roku 1964 specjalna komisja Ministerstwa Kultury i Sztuki pod przewodnictwem dr Marii Starzewskiej, pierwszego dyrektora Muzeum Śląskiego we Wrocławiu, postanowiła, że ówczesne Muzeum Regionalne w Jeleniej Górze winno specjalizować się w dziedzinie szkła. Największy rozwój kolekcji przypadł na lata działalności dyrektora Henryka Szymczaka, który nie szczędził trudów w pozyskiwaniu środków na zakupy szkła artystycznego. Niestrudzenie pomagał mu w tym Mieczysław Buczyński (1941-2005) pełniący funkcję kustosza od roku 1967. W 1975 r. utworzono Dział Szkła Artystycznego, którym kierował M. Buczyński.

Nieodżałowany kustosz kolekcji Mieczysław Buczyński
Po śmierci Mietka zbiory szkła otrzymały Jego imię.

    Obecnie kolekcja prezentowana jest na 350 m kwadratowych powierzchni wystawienniczej. W pięciu salach ukazuje chronologiczny rozwój wytwórczości szklarskiej. Zgromadzono na tej wystawie ponad 1300 różnorodnych eksponatów. Są tu okazjonalne barokowe i rokokowe puchary z wyszukaną dekoracją i interesującymi inskrypcjami, grubościenne koniczne szklanice i cylindryczne kufle pamiątkowe z wedutami uzdrowisk śląskich: Cieplic, Szczawna, Lądka i Świeradowa oraz liczne karafy i butle podróżne. Jest także ciekawy i cenny zbiór szkieł mlecznych, wytwarzanych z dodatkiem proszku kostnego. Zbiory Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze wzbogaciły się znacznie w 1967 roku, kiedy w depozyt oddano około 300 zabytkowych obiektów z wzorcowni huty Josephine w Piechowicach. Były to szkła z ustaloną proweniencją.W roku 1995 do muzeum przekazano dalsze 1188 eksponatów przed sprzedażą prywatnemu nabywcy huty Julia (dawniej Josephine). Po drugiej wojnie powiększano ponadto zbiory, dokumentując działalność współczesnych artystów, którzy kontynuowali bogate tradycje szklarstwa śląskiego. Zbiór szkła współczesnego liczy około 1500 sztuk i ukazuje poszukiwania artystyczne od 1945 roku aż po czasy najnowsze.



środa, 23 kwietnia 2008
Dom Carla (i Gerharta) Hauptmannów - wystawa
Leszka Leguta Małe Karkonosze


Jest autorem nastrojowych pejzaży nawiązujących w swojej stylistyce do arcydzieł twórców tzw. Śląskiej Szkoły Krajobrazowej (za jej czołowego przedstawiciela uważa się obecnie Adolfa Dresslera). Urodzony w 1959 r. we Wrocławiu od 1984 mieszka i prowadzi własną pracownię w Karpaczu.
Nie komentuje swojego otoczenia ale na płaszczyznach swoich obrazów notuje taką rzeczywistość, jaką odbiera:cudowną i piękną. Znakomicie "czuje" przestrzeń, po mistrzowsku oddaje stosunki świetlne tak istotne w podejmowanych tematach. Zarówno w rozległych górskich panoramach, w kameralnie opisywanych fragmentach leśnych ustroni, w motywach wydawałoby się nie związanych z przyrodą. Poświęcone Karkonoszom i Pogórzu prace zestawia w cykle o wiele mówiących tytułach: "W górach jest wszystko co kocham...", "Karkonosze olbrzymie i małe", "Ruiny".

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Czy "popsuliśmy" Ziemie Pojałtańskie?

Natknąłem się w sieci na opublikowany 3 kwietnia br. w tzw. „Salonie24” wpis pod tytułem "Polska zniszczyła Ziemie Odzyskane tak jak małpa zegarek". Pan autor o przydługim pseudonimie Ras Fufu – Lew Salonowy, najwyraźniej człek bardzo młody, głosi w nim swoją opinię na temat powojennych losów tzw. „Ziem Odzyskanych” w aspekcie ich cywilizacyjnej, architektonicznej, kulturowej i przemysłowej degradacji pod polską administracją na przestrzeni lat 1945-2008 (zwrot „pod polską administracją” zapożyczyłem z zachodnioniemieckich podręczników do geografii z czasów, gdy w RFN w latach 70-tych chodziłem do ichniego „Gymnasium”, a mapy Niemiec w nich zamieszczone obejmowały północne i zachodnie tereny Polski, zaznaczone jaśniejszym odcieniem, niż pozostały obszar Niemiec i opatrzone opisem „unter polnischer Verwaltung”. Obszar NRD oznaczano wówczas dla odmiany skrótem SBZ [Sowjetische Besatzungszone]). Ras Fufu w swoim tekście, po przedstawieniu przykładów na przedwojenne, niewątpliwe osiągnięcia cywilizacyjne na tych ziemiach, stwierdza, że – cytuję: „Polska z Ziemiami Odzyskanymi zrobiła mniej więcej to, co małpa robi z zegarkiem. Zniszczono i infrastrukturę kulturalną i transportową. Miasta, które były aglomeracjami rozproszonymi mającymi dzięki tej infrastrukturze w swym zasięgu nawet 200-300 tys. ludności, po upadku systemu transportu stały się 40- 50-tysięcznymi miastami średniej wielkości. Przestały być regionalnymi centrami, jak przed wojną. Ludność przestała podróżować, przynajmniej na te dłuższe dystanse. Wielkomiejskość nagle stąd prysła”. I dalej: „Europejskość też. Kicz zastąpił przedwojenną elegancję i smak. Po niemieckiej stronie jest ładnie, po polskiej wygląda jak w Meksyku - wszędzie strip landscape” [...] „Upadła turystyka. Do Karpacza przed wojną przyjeżdżało po kilka pociągów dziennie z Berlina i jeden z Amsterdamu. Dziś na torach rosną drzewa, kolejka narciarska na Kopę to pojedyncze krzesełko niezmienione od 30 lat, poruszające się z prędkością emeryta, jakieś 3 km/h”. Dodać trzeba, że jak wynika ze słów autora, mieszkał on „w jednej z niewielkich wiosek po niemieckiej stronie granicy”, przez wiele lat (enigmatyczne to trochę, ale więcej informacji nie ma) i w związku z tym wie, że „Tam nawet na wsiach i w miasteczkach czuć wielkie miasta, musicale, opasłe gazety codzienne, przy których najgrubsze polskie to zwykłe tabloidy. [...] Niemcy to federalizm, tam ‘centrala’ bierze tylko swój udział w podatkach, ustala przepisy ramowe. Resztę robią landy, od telewizji publicznej (a jakże, regionalnej) po program nauki w szkołach. Rola niemieckiej ‘Warszawy’ jest zminimalizowana. Być może i tu byłyby "polskie Niemcy" gdyby nie polski centralizm”.
Wielce zajmujące są również komentarze do tego wpisu – było ich do 20 kwietnia aż 128 – z których jedynie część nosi znamiona merytorycznej dyskusji, większość zaś to takie bliskie naszej tradycji pieniactwo. Już pierwszy jest charakterystyczny dla pewnego sposobu myślenia: „Czyżby kolega rozpoczynał akcję tłumaczącą konieczność oddania Ziem zachodnich Niemcom?”. Są też inne: „A wiesz, że podobnych postów jest całe mnóstwo na forach, które ulubili sobie aktywiści ze związku wysiedlonych? Oni też świetnie mówią po polsku”.
Nie przypuszczam, by zamiarem pana Ras Fufu było wydanie zachodnich i północnych ziem RP Niemcom; wnioski i diagnozy autora są moim zdaniem płytkie i tylko w niewielkim stopniu uzasadnione – ale sam temat publikacji interesujący. Niejednokrotnie zastanawiam się podczas „łazęg” w Kotlinie Jeleniogórskiej, dlaczego wygląd niektórych (większości?) miasteczek i wsi jest tak zasmucający? Dlaczego wiele budynków, obejść, chałup i domów przedstawia „obraz nędzy i rozpaczy”? Zgoda: część zaniedbań (zniszczeń) tłumaczyć można PRL-owskim systemem polityczno-gospodarczym, brakiem środków i materiałów... Ale czy to nie jest w jakimś stopniu łatwizna? Podopolskie wsie w okolicy Góry Św. Anny, które poznałem w drugiej połowie lat 80-tych ubiegłego stulecia trwały w tym samym systemie, jednak ich obraz był o wiele estetyczniejszy, niźli tych wsi, z których poprzedni mieszkańcy wyjechali. Z drugiej strony zapamiętałem brud, zniszczenia i brak dbałości o „obejścia” we wsiach byłego NRD (to końcówka lat 70-tych) okolic Miśni i Żytawy. Jest też w cytowanym przeze mnie tekście wątek „architektoniczny” – o wyższości budownictwa niemieckiego i kształtowania przestrzeni urbanistycznej nad polskim. Zgoda: Zabobrze w Jeleniej Górze nie stanowi powodu do chwały, jak zresztą żadne blokowisko z wielkiej płyty. Pamiętać należy jednak, że stan kamienic w Rynku i wokół Rynku jeleniogórskiego w latach 1936-1945 był zatrważająco zły, niekiedy katastrofalny; ówczesny zarząd miasta musiał podjąć decyzje o częściowych wyburzeniach, które kontynuowane były (raczej słusznie z punktu widzenia inżynierii budowlanej) po II wojnie światowej. Gdzie więc ta niesłychana niemiecka dbałość o zachowanie „perełek” architektonicznych, o której wspomina Ras Fufu?
W komentarzach do wpisu autorzy odnoszą się do sytuacji w byłym NRD, gdzie do dziś – mimo niezliczonych miliardów marek (i euro) wpompowanych przez państwo po zjednoczeniu – w wielu prowincjonalnych miejscowościach panuje bałagan, a zainwestowane pieniądze nie zmieniły wyglądu takich wiosek i miasteczek. Czy to więc wina „bywszego” systemu, który do tego stopnia odcisnął się piętnem na świadomości i postawach ludzkich, że mimo stworzonych warunków finansowych – dalece lepszych, niż w Polsce – niewiele się zmieniło? Pisze autor z dużą dozą naiwności: „Gdyby te tereny dziś powróciłyby do Niemiec, przypuszczalnie nasz zachodni brat przysłałby sztab profesorów, którzy przypuszczalnie przeszczepiliby tu na powrót to, co było tu przed wojną, a oni nadal mają zaraz za zachodnią granicą. Przypuszczanie podobnie jak za Odra i Nysą, do wiosek, miast i miasteczek znów zaczęłyby kursować pociągi co kilkadziesiąt minut, i znów ładowanoby pieniądze w opery i teatry na głębokiej prowincji, zorganizowane w niemieckim stylu, bazujące na teatrach przyjezdnych”, a wspominając potencjalny przyjazd „niemieckich profesorów” – do żywego dotyka licznych germanofobów i głosicieli teorii o odebraniu nam przez Niemcy terenów pojałtańskich.

A jednak jest w wywodach Ras Fufu ziarno (a może cały worek ziaren) prawdy: przez nieomal pół wieku administrowania tzw. Ziemiami Zachodnimi napsuliśmy sporo – zarówno Państwo, jak i ludzie, a więc my, „nowi” (po ponad 60 latach po wojnie to już nie całkiem adekwatne określenie) mieszkańcy tych terenów. Na szczęście przez ostatnie 10-15 lat wiele się zmieniło, również mentalność ludzi i podejście do – nazwijmy to – architektonicznego i budowlanego dziedzictwa historycznego. Niegdyś owe liczne bardzo zaniedbane obejścia w podkarkonoskich wsiach zmieniają swój wygląd (i pewnie właścicieli). Zmiany następują nieustannie – i chyba warto pisać właśnie o takich pozytywnych przykładach (ot, choćby wioska Radzimowice [za Niemców: Altenberg] nad Mysłowem koło Kaczorowa, o którą „zahaczyłem” przed tygodniem) i głosić je, i popularyzować. Tym bardziej, że zmienia się coraz więcej i coraz szybciej: na pewno na „ładniej”, być może – „na lepiej”.


Radzimowice - ryneczek

piątek, 11 kwietnia 2008
Obchodów 900-lecia ciąg dalszy

Oto program przygotowany przez Prezydenta i Rajców miejskich na długi weekend majowy:

1 maja 2008, Rynek (Plac Ratuszowy)

·         PROMOCJA DUKATA LOKALNEGO „JELEŃ PŁATNICZY” - wprowadzenie do obiegu monety zastępczej o nominale "4 jelenie" i wartości 4,- zł. Monetą będzie można płacić w specjalnie oznaczonych punktach usługowych, handlowych i restauracjach.

·         Promocja „Kroniki miasta Jelenia Góra na Śląsku do roku 1847” - J.K. Herbsta

·         „JELENIOGÓRSKIE CIAPTAKI I PIERNIKI” – cuda kulinarne i cukiernicze z regionu.

Park Zdrojowy w Cieplicach
:

·         KONCERT GWIAZDY DLA JELENIEJ GÓRY - Andreas Vollenweider, Anna Maria Jopek, M. Napiórkowski, A. Lesicki

2 maja 2008,  Rynek (Plac Ratuszowy)

·         ŚWIĘTO FLAGI, BARW I HERBÓW JELENIEJ GÓRY - prezentacja historii herbu i flagi Jeleniej Góry, orkiestry dęte oraz koncert zespołów: Kult, Voo-voo, Leniwiec

3 maja 2008,  Rynek (Plac Ratuszowy)

·         KONCERT DLA MIASTA - Utwory w opracowaniu E. Czernego w wykonaniu Urszuli Dudziak, Big Bandu Akademii Muzycznej w Katowicach oraz Filharmonii Dolnośląskiej w Jeleniej Górze, który dedykowany będzie poszczególnym częściom miasta.


środa, 09 kwietnia 2008
Kleine Teichbaude - Samotnia

"A przeszedłszy przez górę Srebrnego Grzebienia,
Stajemy niespodzianie pełni zdziwienia.
Czarny Staw połyskuje się wśród skał ołtarza.
Wdzięczy się z odległości, a z bliska przeraża.
A u stóp mamy jezioro drugie,
Tylko głębsze, smutniejsze, bez ozdób natury,
Ponieważ ma wokoło obnażone góry,
I posiwiałe barwą kamienie ogromne,
Szarpane siłą czasu, leżą wiekopomne.
Tam szałas, od pasterzy w lecie zamieszkany,
Od gości unużonych bywa odwiedzany,
W którym ogień całą noc pali się z łoskotem,
A pasterze wokoło śpiąc, leżą pokotem..."

(Bogusz Zygmunt Stęczyński, 1845 r.)

Tak ów polski obieżyświat opisywał okolice Małego i Wielkiego Stawu oraz „boudę” – Baudę – szałas pasterski nieopodal Małego Stawu. Pierwsze pisemne wzmianki o Samotni pochodzą z drugiej połowy XVII w., gdy we wrześniu 1670 r. rektor wrocławskiego gimnazjum św. Marii-Magdaleny, Christian Gryphius (nb. urodzony we Wschowej). W kotle stojącej wówczas w Małego Stawu budzie mieszkał podówczas ponadsześćdziesięcioletni strażnik, pilnujący hrabiowskich pstrągów w stawie.

Obecny budynek, który jest już kolejnym w tym miejscu, powstał pod koniec XIX w. Mimo wielokrotnych przeróbek nie utracił on swojego charakteru, a dzięki niezwykłej scenerii natury jest bodaj najpiękniej położonym schroniskiem w Karkonoszach (a może i w całych Sudetach...).

Ostatnim przedwojennym właścicielem był Franz Hövel, jednak najbardziej znaczącej przebudowy dokonał w latach 1922-23 Franz Kraus wg projektu jeleniogórskich architektów, braci Albert – to wówczas powstało zachodnie skrzydło, zwiększające możliwości noclegowe schroniska. Zachowano przy tym charakterystyczne elementy konstrukcji przysłupowej budynku głównego o stromym dwuspadowym dachu. Elementem charakterystycznym jest umieszczona od strony północno-wschodniej na kalenicy dachu sygnaturka. Powstała ona za czasów Heinricha Richtera z Arnsdorf (Miłków), który nabył obiekt w 1891 r. Za jego zresztą czasów obiekt definitywnie stał się schroniskiem turystycznym. W wieżyczce znajduje się odlany w Jeleniej Górze dzwon z datą 1861. Po przebudowie „Kleine Teichbaude” czynne było ku uciesze amatorów narciarstwa również zimą.

Po 1945 r. schronisko administrowane było przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, następnie przez PTTK i do 1966 r. kierowane jest przez licznych kolejnych zarządców (w sumie około 15).


Waldemar Siemaszko

Od 1966 rozpoczyna się „Era Siemaszkowska” – Samotnię przejmuje Waldemar Siemaszko, ratownik GOPR, przewodnik sudecki, lawinoznawca, absolwent Instytutu Lawinowego w Davos i obecny patron schroniska (zginął tragicznie 10 lutego 1994 r. w wypadku samochodowym w Karpaczu Górnym).







poniedziałek, 31 marca 2008
Jakuszyce – Orle: ostatni weekend marca

Z okazji III Biegu z Czołówką (dla wyjaśnienia: bieg odbywa się po ciemku, a czołówki to latarki noszone na głowie) udałem się w sobotę na Orle, gdzie odbywał się start. W stacji turystycznej u Staszka Kornafela pełne obłożenie. Bieg się odbył zgodnie z planem – udział wzięło 8 zawodniczek i zawodników, do mety nie dobiegł nikt. „Rozbitków” Staszek zbierał z trasy skuterem śnieżnym z przyczepką.

Rankiem zaś w niedzielę poszedłem na ostatni najpewniej w tym sezonie zimowy spacer nad Izerę, a towarzyszył mi niestrudzenie Staszkowy owczarek podhalański. Kilka impresji z Orlego i okolic poniżej.

Przemysław Wiater - pomysłodawca i organizator "Biegu z Czołówką"

Poranek na Orlu - skuter "ratunkowy".

Stacja turystyczna "Orle" rankiem w niedzielę.

Była strażnica WOP-u, obecnie "noclegownia" turystyczna.

Wschód słońca nad Orlem.

W drodze do Izery - w dole mostek graniczny.

Na mostku granicznym z wiernym towarzyszem.

Przejście graniczne od czeskiej strony.

Śląsko-czeski święty Nepomucen pilnuje granicy.

Warunki do biegania na nartach wyśmienite!

Zasłużony odpoczynek po spacerze porannym.

Imprezę zakończyliśmy w Harrachovie w restauracji "Praha": przy stole komitet organizacyjno-zawodniczy (trzech doktorów i moja skromna osoba).

piątek, 28 marca 2008
PKS Tour Jelenia Góra - punktualni

Od kiedy PKS w Jeleniej Górze stał się firmą prywatną, postawiono na lepszy tabor, wyższe ceny i punktualność pod każdym względem.

Na jeleniogórskim dworcu autobusowym jest więc toaleta - czynna w dokładnie ustalonym "czasokresie"... zresztą sami zobaczcie na zdjęciu, jak dokładnie:


czwartek, 27 marca 2008
Hanna Reitsch

29 marca 1912 r. w Jeleniej Górze w mieszczańskiej rodzinie lekarskiej, urodziła się Hanna Reitsch, jako drugie z trojga dzieci. Ojciec prowadził w mieście klinikę okulistyczną. Jej matka pochodziła z arystokratycznego rodu tyrolskiego. Reitschowie byli typowymi pruskimi patriotami, rozczarowanymi politycznymi wydarzeniami w Niemczech po I. wojnie światowej, ojciec szybko wstąpił do partii hitlerowskiej, będąc pod przemożnym wpływem głoszonych przez führera haseł rewanżystycznych. Nie pozostało to bez wpływu na Hannę: pojęcia honor, wierność, miłość do ojczyzny, zdefiniowane przez reżim Hitlera, stanowiły dla niej ogromną wartość.


Po maturze w 1931 r. Hanna otrzymała rodzicielskie pozwolenie na udział w kursie szybowcowym w Jeżowie Sudeckim. Jako jedyna dziewczyna narażona była – także ze względu na swój wzrost (1,54 m przy 45 kg wagi) – na docinki ze strony męskich uczestników kursu. Jednak złośliwości szybko zamieniły się w pochwały – jej talent do latania był niekwestionowany. W Jeżowie Hanna Reitsch poznała Wernhera von Brauna, twórcę silnika rakietowego i projektanta pocisków V1 i V2, a także słynnego kierownika szkoły szybowcowej w Jeżowie Sudeckim, Wolfa Hirtha.

Po dojściu Hitlera do władzy Hanna Reitsch wprawdzie nie wstąpiła do BdM (Bund deutscher Mädel – faszystowska organizacja dla młodych kobiet), nie została też członkiem NSDAP, co w uznaniu jej lotniczych zasług tolerowano; jednak również nigdy nie konstatowała w żaden sposób polityki III Rzeszy. Wprawdzie z niepokojem odebrała wiadomość o wybuchu wojny 1 września 1939 r., równocześnie jednak widziała w nim „odszkodowanie” i możliwość połączenia Śląska w „gniazdo niemieckości w ramach Wielkiej Rzeszy” (w: Anna Maria Sigmund, „Die Frauen der Nazis II”, Monachium 2000 r.). Bardzo charakterystyczna jest wypowiedź Hanny Reitsch z 26 kwietnia 1945, na kilka dni przed końcem wojny, gdy przyleciała do Berlina, sadzając maszynę „Storch” przed Bramą Brandenburską: „Przywództwo państwowe może być słuszne lub niesłuszne – nie mnie jednak to oceniać. Jeżeli jednak należy się do kasty przywódców, należy być gotowym na śmierć wraz z nią” (w: Hanna Reitsch, Höhen und Tiefen, 1945-1977, Monachium 1977 r.).

Podczas audiencji w Berghof, podczas której Hitler gratulował jej z powodu odznaczenia Żelaznym Krzyżem I klasy (otrzymała je w 1943 r., po wypadku podczas oblatywania napędzanego silnikiem rakietowym samolotu Me 163, który w ciągu 2 minut osiągał pułap 10 kilometrów. Lot zakończył się katastrofą – mimo poważnej usterki Reitsch sprowadziła samolot na ziemię, doznając ciężkich obrażeń głowy), ponownie dała wyraz swojej wierności wobec III Rzeszy: wyjaśniając swoją chęć oblatywania załogowej rakiety V-1 powiedziała do Hitlera „Jest to samopoświęcenie się człowieka w przekonaniu, że żaden inny środek nie przyniesie ratunku” (w: Hanna Reitsch, Fliegen, str. 312). Reitsch żądała, by stworzyć szwadron pilotów-samobójców, którzy atakowaliby, jako „żywe bomby”, alianckie samoloty nad Niemcami.

Jeszcze 28 kwietnia 1945 r., wezwana do kwatery głównej Führera, namawiała Hitlera, by wraz z nią i rannym generałem von Greimem opuścił Berlin. Po jego odmowie wystartowała szkoleniowym samolotem z oblężonego Berlina, zabierając ze sobą von Greima i wylądowała na granicy Czech i Austrii, by trafić następnie do amerykańskiej niewoli w Kitzbühel.

Niezależnie jednak od jej wyborów politycznych i przekonań była Hanna Reitsch bez wątpienia jednym z najlepszych żeńskich pilotów okresu przed- i powojennego. Pierwszy swój lot szybowcem odbyła pod okiem instruktora Pita van Husena w maszynie „Grunau 9”. Początki nie były zbyt udane, jednak podczas egzaminu klasy A przebywała w powietrzu przez 39 sekund – przy wymogu 30 sekund lotu. Bez większych kłopotów zdała również egzaminy na klasę B i C.

W 1933 roku Reitsch po czterech semestrach przerwała studia medyczne i ruszyła w ślad za Wolframem „Wolfem” Hirthem do nowej szkoły lotnictwa szybowcowego na górze Hornberg koło Schwäbisch Gmünd. W latach 1933-34 wzięła udział w ekspedycji badawczej do Brazylii i Argentyny.

Rok później Hanna Reitsch wstąpiła do „Niemieckiego Instytutu Badawczego Szybownictwa” („Deutsche Forschungsanstalt für Segelflug“) w Darmstadt i pozostała jego pracownikiem cywilnym do 1945 r. Od 1936 roku był również pilotem-oblatywaczem.

W 1937 r. wraz z pięcioma innymi pilotami dokonała pierwszego w historii szybowcowego przelotu nad Alpami z Niemiec do Włoch, pilotując maszynę „Sperber Junior”.  

W następnym roku zasiadła za sterami śmigłowca Focke-Wulf 61, wznosząc w powietrze się wewnątrz „Deutschlandhalle” w Berlinie.

W latach 1937-39 Reitsch bije rekord odległości przelotu na trasie Wasserkuppe (duże centrum szybowcowe w górach Rhön z najstarszą szkołą szybowcową na świecie) – Hamburg, światowy rekord lotu na celność z powrotem do punktu startu na trasie Darmstadt – Wasserkuppe, a w lipcu 1939 r. poprawia ten ostatni rekord na trasie Magdeburg – Szczecin.

Hanna Reitsch otrzymała także honorowe obywatelstwo miasta Jelenia Góra (nota bene tytułem tym wyróżniony został przez radę miasta również Adolf Hitler).

Pod koniec lutego 1945 Reitsch ląduje w otoczonym i ostrzeliwanym przez Armię Czerwoną Wrocławiu. W drodze powrotnej, nad Jelenią Górą, zostaje wezwana do Kitzbühel, gdzie powstać mają przy jej pomocy lądowiska dla samolotów transportujących rannych. Wówczas spotyka się z rodziną, która uciekła przed zbliżającym się frontem do Salzburga.

Po wojnie w 1954 r. podejmuje ponownie pracę pilota-oblatywacza w „Niemieckim Instytucie Doświadczalnym Lotnictwa” („Deutsche Versuchsanstalt für Luftfahrt”). Popularyzuje szybownictwo –w Ghanie i w Indiach.


Hanna Reitsch zmarła 24 sierpnia 1979 r. w wieku 67 lat we Frankfurcie nad Menem. Nigdy nie odcięła się od swojego zaangażowania na rzecz hitlerowskich Niemiec: „Zajmowałam się wyłącznie badaniami, z polityką nie miałam nic wspólnego”.

wtorek, 25 marca 2008
Tragedia w Białym Jarze


27-letni instruktor narciarstwa, Szymon K. zginął w lawinie, która zeszła w sobotę 22 marca tuż przed godz. 16.00 w Białym Jarze w Karkonoszach. Ciało snowboardzisty wydobyto w niedzielę około godz. 14.00 spod trzymetrowej warstwy śniegu.

Akcja ratownicza trwała dwa dni. Ratownicy Grupy Karkonoskiej GOPR rozpoczęli ją natychmiast po tym, jak o dramatycznym wydarzeniu powiadomił policję kolega ofiary, który widział całe zdarzenie.  W sobotę poszukiwania prowadziło kilkudziesięciu polskich i czeskich ratowników górskich oraz strażaków. Po zmierzchu akcję trzeba było jednak przerwać ze względu na skrajnie trudne warunki atmosferyczne panujące w górach i zagrożenie zejściem ponownej lawiny w Białym Jarze. Trudną i bardzo niebezpieczną akcję zdecydowano wznowić w świąteczną niedzielę rano, mimo wciąż wielkiego zagrożenia lawinowego. Na potężnym lawinisku przez kilka godzin pracowało blisko 150 osób.

(zdjęcie - Nowiny Jeleniogórskie, D. Antosik)

Snowboardzista sam spowodował gigantyczną lawinę. Biały Jar, który jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Karkonoszach właśnie ze względu na bardzo wysokie zagrożenie lawinowe, jest zimą zamknięty dla turystów. Podcinając deską niestabilną warstwę śniegu wywołał w efekcie jedną z największych lawin, jakie kiedykolwiek zdarzyły się tutaj. Rozmiarami podobną to tej najsłynniejszej, która zdarzyła się w tym samym Białym Jarze niemal dokładnie 40 lat temu (20 marca 1968 r.).

Najszczersze wyrazy współczucia Matce i Siostrze Szymona.

piątek, 21 marca 2008
Wielkanocy terminu ustalanie

Z ponad stustronicowego kompendium wiedzy na temat kalendarzy o niezbyt porywającym tytule „Astronomische Grundlagen des Kalenders für das Jahr 2008“ możemy dowiedzieć się następujących rzeczy:

W pięćdziesięcioleciu pomiędzy rokiem 1980 i 2031 przypadająca na 23 marca Niedziela Wielkanocna jest terminem najwcześniejszym. To największe święto świata chrześcijańskiego przypadało na ten dzień ostatnio w 1913 r.

Obliczanie terminu Świąt Wielkiej nocy jest dziecinne proste – przynajmniej dla komputerów. Zawdzięczamy to matematykowi Carlowi Friedrichowi Gaußowi, który w 1800 r. odkrył „Formułę Wielkanocną”. Dzięki temu algorytmowi można obliczyć termin Świąt Zmartwychwstania dla każdego roku – wzorem tym „posługują się” współczesne komputery. Jednak pozwala on jedynie na wskazanie odpowiedniej daty, nie tłumacząc, dlaczego Wielkanoc nie ma – podobnie jak Boże Narodzenie – stałego terminu.

Aby znaleźć odpowiedź na takie pytanie, należy sięgnąć do podręcznika historii kościoła. Wiedzie on do żydowskich korzeni chrześcijaństwa. Ewangeliści opisują cierpienie i śmierć Jezusa na tle obchodzonego święta Paschy. Żydzi obchodzą je zawsze czternastego dnia miesiąca Nisan, na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Jednak w chrześcijańskim, odmiennym kalendarzu termin ten przypada każdorazowo w inny dzień i nie da się go związać z konkretną datą.

Wczesne chrześcijaństwo nie miało początkowo jednolitego terminu Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Przypadało ono więc na dzień święta Paschy. Odłączenie się kościoła od synagogi doprowadziło po gwałtownych konfliktach do rozdziału oby świąt. Sobór Nicejski w 325 r. potwierdził, że Wielkanoc przypadać będzie w pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W ten sposób uczestnicy Soboru chcieli zaakcentować chrześcijański aspekt święta.

W nazwanym imieniem papieża Grzegorza XIII kalendarzu gregoriańskim w 1582 r. ostatecznie ustalono, że wiosna rozpoczyna się 21 marca, a więc zgodnie z tradycją istniejącą od Średniowiecza. Tego dnia przypadał również ustalony pierwszy dzień w roku 325, kiedy obradował Sobór Nicejski. W ten sposób – mówiąc w uproszczeniu – możliwych jest 35 terminów Świąt Wielkanocnych pomiędzy 22 marca a 25 kwietnia. Jeśli jednak pierwsza wiosenna pełnia księżyca wypadnie 21 marca, a dzień ten będzie niedzielą, wówczas – jak ustalono – Wielkanoc obchodzona będzie w następną niedzielę.

Jednak nie wszystkie terminy Wielkanocy występują równie często – te wczesne, przed 28 marca i te bardzo późne, po 21 kwietnia, są rzadsze, niż pozostałe – z powodów matematycznych, nie teologicznych. Od chwili wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego Wielkanoc jedynie dwukrotnie wypadała 24 marca: w latach 1799 i 1940; natomiast 23 marca już siedmiokrotnie w tym samym okresie.

Kolejną Wielkanoc w dniu 23 marca obchodzić będziemy dopiero w 2160 r.

A tymczasem - życzę wszystkim

Wspaniałych, Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkiej Nocy

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10