Historyjki nie tylko z historii Jeleniej Góry i okolic
Click for Jelenia Góra, Poland Forecast counter
counter Katalog stron internetowych
środa, 16 lipca 2008
Mostek na Izerze (Orle)
Trzy lata temu, 15 lipca 2005 roku, po pięciu latach starań ludzi dobrej woli, zrzeszonych między innymi w Towarzystwie Izerskim, działaczy miejskich rad Szklarskiej Poręby i Kořenova, a także zwykłych, acz zaangażowanych miłośników Gór Izerskich, otwarte zostało turystyczne przejście graniczne na odbudowanym mostku na Izerze, pomiędzy polskim Granicznikiem a czeskim Bukovcem. Most taki istniał tu do 1982 r., a wzniesiono go w miejscu tradycyjnego brodu przez graniczną rzekę w 1901 r. Ówczesna konstrukcja, niezwykle nowoczesna jak na początek XX w. przetrwała największe zawieruchy historii, oparła się nawet okupacji osady Karlstal przez Armię Czerwoną w latach po II wojnie światowej - nie przetrwała jednak stanu wojennego. Most został wysadzony w powietrze prawdopodobnie przez Wojska Ochrony Pogranicza w 1982 r. Po szczegółowe informacje odsyłam do strony Towarzystwa Izerskiego, gdzie również moc innych informacji o osadzie Karlstal/Orle.
W ostatni weekend odbyła się miła i wielce zacna impreza, związana z trzecią rocznicą otwarcia nowej-starej przeprawy przez Izerę. Nie zabrakło akcentów artystycznych - o godzinie 12.00 w "sali balowej" schroniska odbył się wernisaż wystawy prac doktora Piotra Tyszkowskiego, artysty niepokornego, fanatyka górskich wędrówek i rowerowych ekstremów, a także wspinaczek, przyjaciela Gór Izerskich i osady Orle. Po owej oficjalnej części i krótkich przemówieniach zgromadzeni w stacji turystycznej (i przed nią) ruszyli ku Granicznikowi i przełomowi Izery, na miejsce uroczystości nie mniej ważnej. Spotkali się tu - nie po raz pierwszy - inicjatorzy odbudowy mostu, a także zaprzyjaźnieni z Orlem, ze Staszkiem Kornafelem i z Górami Izerskimi osobnicy płci obojga i pochodzenia śląsko-czeskiego. Polały się piwo, trunki tajemne z piwniczek walońskich, a także takie produkowane przez wytwórnie spirytusowe (państwowe i... całkiem prywatne). Przy ognisku z kiełbaskami wspominano liczne przygody, a Duch Gór zadbał o to, by mimo niezbyt przekonującej pogody biesiadowicze za bardzo nie zmokli.
Ciąg dalszy imprezy miał miejsce przy ognisku przed samą stacją turystyczną, gdzie również nie zabrakło jadła i napitków, wspomnień i gitarowych dźwięków. Kilka zdjęć nie odda wspaniałej atmosfery, ale może zachęci do... odwiedzenia osady Orle, wspaniałego punktu wypadowego do wędrówek po czeskich i polskich Górach Izerskich.



Wernisaż Tyszka



Browar Izerski?



Przy ognisku z kijami (i kiełbaskami) pod miłą opieką pani Strażniczki (bez)Granicznej



Burmistrz-Walończyk z nalewką Naumowiczową



Pan na Orlu - Stanisław Kornafel - wita Gości



Wieczorem na Orlu pojawiają się Dziewice Orle'ańskie.

(Więcej zdjęć z imprezy poniżej)

Orle Most na Izerze

czwartek, 10 lipca 2008
Sen o jeleniogórskich stanowiskach
Błogostan mnie ogarnął, zamyśliłem się odrobinę... Gminna wieść niesie, a fama głosi… (pewien nauczyciel miał odpowiadać: „Powiedzcie Famie, że kłamie…”), że oto po nagłych roszadach w Muzealnictwie Jeleniogórskim („cuś drgnęło w muzeum…”) sytuacja się zaczyna klarować.

Zabawię się w jasnowidza i zaryzykuję grosz wirtualny w „Dream & Bet & Win”:

- na przełomie drugiej i trzeciej dekady lipca ogłoszony zostanie konkurs na stanowisko dyrektora Muzeum Karkonoskiego. Spośród kandydatów Szacowna Dolnośląska Komisyja Marszałkowska wybierze (o ile nie wybrała już teraz) kandydaturę jedynie słuszną (politycznie…) kandydaturę, mając na względzie przede wszystkim wzgląd merytoryczny, wyrażony słowami „Kopernik też była kobietą, więc i dyrektor MK może…”.
- konkurs na szefa Muzeum Przyrodniczego (które ma stać się, według Famy, Muzeum Schaffgotschów – rzecz wiadoma, że takich zoologicznych okazów, jak Freiherrum Schaffgotschiensies w owym muzeum zabraknąć nie może) może wykazać, że najlepszym przyrodnikiem jest archeolog (ale przecież z muzealnym wykształceniem i doświadczeniem – czego na własnej skórze doświadczyło już Muzeum Karkonoskie).
Idąc dalej tym tropem kompetencyjnym, proponuję uczynić dyrektorem Muzeum G. Hauptmanna w Jagniątkowie matematyka ze znajomością bułgarskiego, zaś w szczycącym się dwoma muzeami Karpaczu wymienić szefostwo – w Muzeum Sportu i Turystyki niech dyrektoruje żeglarz, zaś Lalkami H. Tomaszewskiego zaopiekować się winien znawca polskiej literatury, ze szczególnym uwzględnieniem dzieł Bolesława Prusa. No i obowiązkowe zwolnienie Muzeów od podatku na lat 10! Szefem Miejskiej Informacji Turystycznej w Szklarskiej Porębie (zwanej nie wiadomo czemu Referatem Promocji Miasta) winien zostać Tajny Informator, najlepiej o imieniu Bolek (jakaż reklama w mediach!), dyrektorem hotelu „Las” – pan nadleśniczy, a pobliskiego hotelu „Jan” – oczywiście nieźle pływający Nepomucen (mając na względzie planowaną budowę hotelowych basenów termalnych).

Proponuję takoż pozostawienie kilku „wiecznych” wakatów: w pierwszym rzędzie – na stanowisku Prezydenta Miasta Jelenia Góra (wakat mniej szkodzi i mniej mówi, że zrobi) oraz rezygnację z obsadzania stanowiska szefa Książnicy Karkonoskiej (kadencja Sejmu kończy się za 3 lata…, poza tym dobrze byłoby mieć rodzinnie zarządzane instytucje kultury w mieście). Uczynić oczywiście szefem lokalnego CBA pana Prystroma, a na czele MZK postawić radnego Wiklika – ma doświadczenie z tramwajem. PKS prywatny wprawdzie, ale można by i tu dokonać zmian: Zbigniew Leszek jako cyklista zapalony z pewnością rozwiązałby wiele problemów.

…dobrze że się obudziłem! Marzenia senne są jednak wyraźnie surrealistyczne…

poniedziałek, 30 czerwca 2008
Egzekucja Hansa Ulricha Schaffgotscha


W biografii autorstwa Juliusa Krebsa ("Hans Ulrich Freiherr von Schaffgotsch. Ein Lebensbild aus der Zeit des dreißigjährigen Krieges", Breslau 1890) znalazłem "smakowity" i "po niemiecku" niezwykle szczegółowy opis procesu, przesłuchań i egzekucji Jana Ulryka Schaffgotscha. Pozwolę go sobie tu przytoczyć z niewielkimi skrótami:

24 lutego 1634 r. w Oławie, na dzień przed zabójstwem Wallensteina, Colloredo, któremu oficerowie Ulricha – po przeczytaniu ukazu cesarskiego – bez wahania okazali pomoc, kazał aresztować hrabiego Hansa Ulricha Schaffgotscha, Został on przewieziony do Kłodzka, gdzie przebywał 8 tygodni pod silną strażą. Na skutek żarliwych próśb przewieziono go Wiednia. Już nigdy miał nie ujrzeć śląskiej ojczyzny i swoich dzieci. W Wiedniu Schaffgotsch został trzykrotnie przesłuchany w śledztwie. Prowadząca je komisja po tych przesłuchaniach zażądała zastosowania wobec niego tortur. Z Wiednia wraz z innymi aresztowanymi przeniesiony został do Pilzna, a następnie – gdy miastu zagrozili Szwedzi – do Budějovic (Budweis). Tu więźniowie cieszyli się sporą swobodą, chodzili na spacery i brali udział w bankietach i tańcach.
18 lutego 1635 r. oskarżonych przewieziono do Ratyzbony. Sądowi wojennemu przewodniczył feldmarszałek-porucznik freiherr Johann von Götz, w jego skład weszli dwaj generałowie, czterej pułkownicy, siedmiu podpułkowników, trzech rotmistrzów, trzech kapitanów, pułkownik polowy – profos Niklas Staffier i generalni audytorzy Sestich i Graß. Oskarżonym zarzucono wspólny z Wallensteinem zamiar obalenia cesarza w jego księstwach dziedzicznych, wymordowania jego rodu i przejęcia władzy w krajach do niego należących. Akt oskarżenia przeciwko Schaffgotschowi zawierał 51 punktów. Z pomocą doktora Halbrittera w ciągu czterech dni sformułował on odpowiedź na oskarżenie, składającą się z 20 stron. Liczne punkty oskarżenia zawierały oczywistą nieprawdę. (…) Głównym punktem oskarżenia były zarzuty, które postawiono na podstawie listu do Trčki i memoriału o Śląsku. List do Trčki zawierać miał przyznanie się do wiedzy na temat planów zdrady stanu przez księcia i stanowić jasne samooskarżenie; co jednak było zamierzonym kłamstwem. Dwór przykładał najwyraźniej większą wagę do notatek Ulricha na temat Śląska, niż do listu do Trčki. Pośród 19 punktów cztery w szczególności uważane były za dowód zdrady: 1) Jak należy zorganizować dochody cesarskie, 2) W jaki sposób sprawować urząd starosty kraju, 3) Kto winien zarządzać komorą skarbową, 4) W jaki sposób zmienić kompaktaty (traktaty) z Polską. Schaffgotsch nigdy nie uczynił najmniejszej próby, by wprowadzić w życie te propozycje Wallensteina. Jego winą było to, że się im nie sprzeciwił, oraz to, że je spisał. (…) Orzeczono, że ze względu na trwające jeszcze po spotkaniu w Pilźnie kontakty z Wallensteinem, nie obejmuje go łaska cesarska i 31 marca 1635 r. skazano go na śmierć. „Dla zachowania odpowiedniej dyscypliny wojskowej skazać go na zasłużoną karę i ustanowić odstraszający przykład poprzez odcięcie mu prawej dłoni jako wiarołomcy, a następnie jako wichrzycielowi, zdrajcy i obrazoburcy majestatu cesarskiego – wykonanie egzekucji mieczem w taki sposób, by głowa i tułów stały się oddzielnymi częściami”.
Po wygłoszeniu wyroku nadeszło pismo od cesarza z rozkazem, by sąd wojenny wydobył z Schaffgotscha wszystkie informacje. Nie widziano innej możliwości dojścia do prawdy, niż poddanie go torturom. Ponieważ jednak słowa „siłą” nie było w liście cesarskim, zażądano instrukcji. Audytor generalny i dwóch ławników udało się do Wiednia, przywożąc wyroki wydane na Schaffgotscha i czterech innych oskarżonych. (…)
Cesarz nakazał powołanie komisji prawnej do zbadania orzeczonych wyroków. Również ona zaproponowała zmianę stylu i formy, wydała też werdykt, że trzej oskarżeni winni zostać poddani torturom, a Schaffgotsch jako główny podejrzany ma zostać przesłuchany jako pierwszy. Cesarz zażądał jeszcze opinii pierwszej komisji śledczej, w której zasiadał wyrzucony w 1618 r. z okien praskiego pałacu (druga defenestracja praska) Slavata. Komisja ta oddała decyzję o torturach „w najłaskawsze ręce Jego Wysokości”. Po zaakceptowaniu decyzji o torturach przez króla węgierskiego, ławnicy sądy wojskowego powrócili do Ratyzbony.

Schaffgotscha przewieziono z aresztu domowego na wsi do ratusza w Ratyzbonie, gdzie w podziemiach znajdowała się izba tortur. W nocy z 4 na 5 czerwca w godzinach od 10 do 1 był torturowany. Uda związano mu konopnym powrozem, podobnie ramiona i dłonie za plecami. Do nóg przytwierdzono kamienie o wadze 2 cetnarów. Ramiona umocowano żelaznym hakiem do grubej liny. Następnie za pomocą kołowrotu wciągnięto go ku górze, aż zawisł, obciążony kamieniami. Komisja przedstawiła mu 11 pytań. Przy każdym z nich podciągano go do góry raz lub kilkakrotnie. W sprawozdaniu czytamy: „Na początku twierdził, że nic nie wie o tych sprawach i odpowiadał na wszystko „nie”, jednak wkrótce oświadczył, że przyzna się do wszystkiego”. W sprawie śląskiego memoriału zeznał, że na rozkaz Wallensteina spisał i podpisał rewers w swoim pokoju w samotności, bez obecności innych osób. Twierdził jednak, że miał na myśli wyłącznie zakwaterowania wojsk. „Gdy trzask pękających stawów i straszliwy ból zmuszały go do zeznań, przedstawiano mu kolejne pytanie, zadając dodatkowe cierpienia; jednak za każdym razem cofał swoją pierwsze zeznanie, osłabiając jego wymowę, mimo ogromnych mąk”. W sumie „mimo całego kunsztu kata nie wydobyto z niego niczego ważnego”. Kat rozciął więzy i nastawił wykręcone stawy. Sługa wraz z kapralem odprowadzili go do komnaty, gdzie rzekł do wiernego przyjaciela Konrada Wegerera „Spójrz, jak te katowskie łotry urządziły mnie, biednego robaka za wierną służbę cesarzowi!”. Przez ponad 3 tygodnie nie mógł poruszać ramionami, tak więc karmiono go i pojono.
Sąd Wojenny na kolejnym posiedzeniu zadecydował, że nie będzie dalszych tortur, ponieważ nie doprowadziły one do niczego istotnego. Sprawozdanie z przebiegu mąk Ulricha i ze zmienionym zgodnie z wytycznymi wyrokami trzech członków sądu udało się ponownie do Wiednia po ostateczną decyzję. Ulricha prośba o ułaskawienie skierowana do króla Ferdynanda została odłożona na bok, podobnie jak wcześniejsze jego prośby. Dworska Rada Wojenna oceniła, że przyznanie się do zredagowania memoriału jest kompletnym dowodem winy Ulricha, i że to on wraz z zabitym Wallensteinem stanowił główną postać „konspiracji”. Wobec pozostałych zalecono cesarzowi zastosowanie łaski i złagodzenie kary. Cesarz potwierdził wyrok na Ulricha 5 lipca 1635 r.
W oczekiwaniu na egzekucji Schaffgotsch musiał znosić kilkukrotne dysputy z jezuitami; dla nich byłby to niewątpliwy tryumf, gdyby zmienił wyznanie, ażeby otrzymać ułaskawienie. Około 19 lipca dotarła do niego wiadomość o potwierdzeniu wyroku. Począł się więc żarliwie i bogobojnie przygotowywać na śmierć. W końcu odnalazł się, a jego szlachetne cechy charakteru uwidoczniły się wyraźnie. Na piśmie pożegnał się z dziećmi i przyjaciółmi. W sobotę 21 lipca otrzymał dokument Sądu Wojennego potwierdzający wyrok. Egzekucję we własnej celi odrzucił; wolał umrzeć pod gołym niebem, przed całym światem, niż zostać zabitym w ciemnym kącie. Zapytano go, czy życzy sobie spowiednika, jezuitę. Poprosiło ewangelickiego duchownego. Ażeby dusza jego, którą ofiarować miał Jezusowi, była czysta, zjadł jedynie kilka kęsów chleba umaczanego w piwie. Niedzielę spędził na rozporządzaniu niewielkim majątkiem, jaki mu jeszcze pozostał. Po nabożeństwie porannym wyspowiadał się i przyjął Komunię Świętą. Po południu pożegnał się ze swoimi sługami. Czas do godziny 10 wieczorem spędził z ewangelickim duchownym. Gdy w poniedziałek rano słudzy przyszli go obudzić – spał mocnym snem. Włożył zwyczajne ubranie, a przybyłych duchownych zapewnił o dobrym śnie. Koło godziny 8 profos zaprowadził go do sali ratuszowej, w której zebrani byli rajcy miasta Ratyzbona. Każdemu z nich uścisnął dłoń, dziękując za to, że zezwolono na jego pochówek w kościele Trójcy Świętej. Gdy wyszedł z ratusza na zewnątrz, słychać było pośród zebranego tłumu szloch, co głęboko go wzruszyło. Wsiadł do zaprzęgniętego w sześć białych koni zwykłego wozu. Obok kroczył wierny przyjaciel Konrad von Wegerer. Przed gospodą „Pod Złotym Krzyżem” na łące wóz się zatrzymał. Ulrich został zaprowadzony przed oblicze Sądu Wojennego, zebranego w jednej z sal, gdzie odczytano wyrok i oświadczono mu, że cesarz odrzucił zastosowanie prawa łaski. Uderzył się prawicą w pierś i zakrzyknął, że nie jest buntownikiem, umiera niewinnie, jako wierny sługa cesarza. „Tych jednak, którzy stali się przyczyną mojej śmierci, w szczególności ciebie, Götz, zawezwę w dniu zmartwychwstania przed Sąd Ostateczny”. Następnie został poprowadzony na szafot. Uderzono w bębny, wzniesiono w górę sztandary. Freiherr szybko wszedł po schodkach, za nim Wegener i profos. Na górze ukląkł, pomodlił się, usadowił na podnóżku, mówiąc: „Oto oddaję się ciałem i duszą mojemu ukochanemu Bogu”. Wegerer odpiął mu kołnierzyk i zawiązał białą chustką włosy, następnie odszedł. Pojawił się kat, zrzucił płaszcz skrywający miecz i stanął z tyłu: „w jednej chwili egzekucja została szczęśliwie wykonana”. Krew trysnęła wysoko, Wegener ucałował głowę, zawiązał ją w czarną materię, odmówił Ojcze nasz nad ciałem i umieścił je z pomocą jednego ze sług w trumnie. 24 lipca o godzinie 11 wieczorem w ponad 100-osobowym orszaku w świetle pochodni przeniesiono trumnę na cmentarz kościelny, gdzie wśród śpiewów i przy udziale duchownych złożono ją w grobie.
czwartek, 19 czerwca 2008
Irlandia mówi NIE Lizbonie

Czuję się nieco schizofrenicznie, ale wygląda to całkowicie niegroźnie przy chorobie, na którą zdają się cierpieć liczni politycy Unii Europejskiej. Schizofrenia moja polega na tym, że wprawdzie jestem zwolennikiem Europejskiej Wspólnoty, jednak absolutnie nie w takim kształcie, w jakim usiłuje ją nam „zaserwować” traktat lizboński (dodam nieskromnie: przebrnąłem przez jego treść, choć z wielką trudnością i co rusz szukając wyjaśnień niektórych pojęć, a także realnych konsekwencji pewnych zawartych w nim idei). Bliska mi jest myśl Roberta Schumanna, ministra spraw zagranicznych Francji i jej twórcze rozwinięcie w postaci EWWiS i późniejszej EWG, odżegnuję się od Unii Europejskiej, w której rządzić będą tzw. silne państwa. I gówno mnie obchodzi Joanina, Nicea (albo śmierć) i inne niezbyt trwałe „bezpieczniki”: nie chcę, by za mój kraj decydował Sarkozy pod rękę z Merkel (lub ich następcy).
Choroba polityków unijnych zwie się „hypokrisis”, od greckiego: udawanie. Oto udają oni, że w Unii panować będzie demokracja, że głos narodów będzie słyszalny i wysłuchiwany, a wszelkie najważniejsze decyzje i przepisy wspólnotowe – ratyfikowane przez państwa członkowskie przed ich wejściem w życie. Pod jednym wszakże warunkiem: że głosowania nad ratyfikacją przebiegać będzie po myśli „wielkich” Unii Europejskiej. Już nasze rodzime „przepychanki” parlamentarne wzbudzały pośród decydentów unijnych niesmak, by nie powiedzieć potępienie.  i oto maleńka (pod względem ludności) Irlandia śmie powiedzieć Traktatowi Lizbońskiemu „NIE” w referendum narodowym. Natychmiast pęka niczym bańka mydlana cała „zasłonka” demokratyzmu: rząd irlandzki pod pręgierz („jak można było dopuścić do głosu naród, do cholery?”), Irlandia – won z Unii, a w najlepszym przypadku: won do grupy unijnych maruderów. Ani słowa o tym, że jeden z członków, zgodnie z prawem unijnym, wypowiedział w zero-jedynkowym referendum (można głosować wyłącznie albo za, albo przeciw) swoją opinię na temat niedoskonałego, ba – szkodliwego dla takich, jak Irlandia państw – traktatu. „Demokracja? Tak, ale na naszych warunkach!”, zdają się krzyczeć Barroso et consortes.
W styczniu 2009 r. prezydencję w UE obejmą Czechy – kolejne państwo „niskobudżto- we” (w porównaniu do wielkich), kolejne państwo, w którym entuzjazm dla Traktatu Lizbońskiego jest – delikatnie mówiąc umiarkowany. Trzeba więc przeczekać okres prezydencji francuskiej (lipiec-grudzień 2008) i stawić opór wielce prawdopodobnym manipulacjom Sarkozy’ego, wspieranego przez Merkel, mających na celu wprowadzenie w życie niedobrego Traktatu Lizbońskiego, a następnie podczas czeskiego przewodnictwa – raz jeszcze zastanowić się nad sensownością tworzenia Państwa Europejskiego na tak określonych warunkach.

poniedziałek, 09 czerwca 2008
Formula 1 versus Football


środa, 04 czerwca 2008
piątek, 09 maja 2008
Turystyczny Jarmark TOURTEC'08 (Jelenia Góra)

Ot, rozwinęły się nam Targi Turystyczne pod nazwą TourTec, organizowane w tym roku po raz dziesiąty (czy już można pisać, że „jubileuszowe”?).


Zwlokłem się więc z łoża cierpień (jak zwykle na początku maja złapała mnie grypa…) i wyruszyłem „targować”. Zdążyłem jak znalazł – pan starosta Powiatu Jeleniogórskiego, Jacek Włodyga witał… Jakże on umie witać!!! (Niestety nie bardzo wie, kiedy się pożegnać... choćby ze stanowiskiem). Witał po polsku, tłumaczono go na niemiecki (kiepsko dość) i na czeski (uroda tłumaczki ważniejsza od jakości tłumaczenia, której nie potrafię ocenić), witał wszystkich według listy i zgodnie z rangą, a było kogo: prezydenta Obrębalskiego (któremu pan starosta podziękował za udostępnienie Rynku – zwanego nie wiedzieć czemu Placem Ratuszowym; miałem wrażenie, że w owych słowach wyczuć się dało lekką ironię…), przedstawiciela Urzędu Marszałkowskiego, pana Piotra Borysa, delegacje Liberca, Jablonca, Aachen, wystawców z nieomal wszystkich regionów polski (w sumie zgłosiło się 80 instytucji, z tego przynajmniej połowa z naszego, dolnośląskiego regionu). Witał pan starosta przez ponad pół godziny (no, ale pamiętajmy, witał poniekąd w trzech językach).


Pan Włodyga wita... potraf to robić godzinami...


Prezydent miasta Marek Obrębalski - raz od tyłu, a co!

Przemawiał też – ale krótko – pan prezydent Obrębalski, a później scena należała już tylko do folklorystów i super-dzieciaków z Piechowic, które tańczyły, a także odegrały scen kilka z bajki o królewnie Śnieżce.

Piechowickie przedszkolaki w bajce o Śnieżce (królewnie)...


...natomiast pierwszoklaśiści tańczyli na ludowo.

Na stoiskach moc materiałów promocyjnych, w formie pisemnej, ale także – co nie mniej ważne – spożywczej (libereckie piwo, góralska gorzałka, rodzime, mysłakowickie wypieki cukiernicze, chleby wiejskie różnego gatunku – i z różną omastą).

Bochny chleba prawdziwie wiejskiego o znakomitym zapachu i smaku!

Było też na góralską nutę (z pozdrowieniami dla Przemkowej Basi...)

...i po Walońsku - tym razem Lwówek Śląski zaprezentował się lepiej, niż Mistrz Julo Naumowicz ze Szklarskiej Poręby.

Przyszła naprawdę moc ludzi, pomimo że piątek i godzina raczej taka… robocza (impreza jest dwudniowa, dzisiejsza oficjałka rozpoczęła się krótko po 11.00). Tłumnie przybyli ludzie z branży, a także ci, którzy udają, że do branży należą. Do tej ostatniej grupy musiałem dzisiaj zaliczyć również siebie – po niecałych 2 godzinach miałem dość, wszystkie mięśnie wołały o złożenie „corpus delicti” do domowego łóżka, tak więc – trochę złośliwie – pieszo ruszyłem w drogę powrotną na drugą stronę Bobru. A powiedzieć trzeba, że pogoda dopisała wyjątkowo.

czwartek, 08 maja 2008
Kronikarz Kowar - Theodor Eisenmänger

Wpadła mi w ręce książka pod zacnym tytułem "Geschichte der Stadt Schmiedeberg im Riesengebirge" ("Historia miasta Kowary w Karkonoszach") autortswa wyżej wymienionego, wydana we Wrocławiu w 1900 r. w u Maxa Woywoda. Zajmę się więć wkrótce jej przekładem na język polski - dziś przybliżyć chciałem jedynie sylwetkę autora, którego biografia stanowi wstęp do tej publikacji.

Johann Theodor Eisenmänger, syn Johanna Eisenmängera, kucharza hrabiostwa von Reden, urodził się 25 grudnia 1819 r. w Bukowcu koło Kowar. Do swojej konfirmacji uczęszczał do szkoły w swoim miejscu urodzenia, a w roku 1836 został kursantem preparandy w Hermsdorf u nauczyciela Pohla. W latach 1837-40 był uczniem Królewskiego Seminarium Nauczycielskiego w Bolesławcu pod kierunkiem dyrektorów Kaweraua i Schärfa. Po zdanym w dniu 25 marca 1840 r. egzaminie końcowym przez krótki czas był nauczycielem pomocniczym w Łomnicy, a następnie przez 4 lata w Bukowcu. 15 października 1844 r. został z polecenia hrabiny Reden kantorem w podarowanym przez Fryderyka Wilhelma IV kościele Wang.

Ponieważ na Wangu Eisenmänger był jedynie kantorem, nie zostając nauczycielem w szkole w Brückenbergu (Karpacz Górny), co mu wszak obiecywano, i w związku z tym jego zarobki były bardzo niskie (około 200 talarów rocznie), w dniu św. Michała 1846 r. (29 września – przyp. tłum.) zrezygnował z tej posady i 12 października został nauczycielem w szkole dla dziewcząt w Kowarach. Funkcję tę sprawował przez nieomal 41 lat.


3 czerwca 1861 r. ożenił się z Marią Stahr, najstarszą córką praktykującego lekarza, doktora Stahra z Trzebnicy. Słabnący słuch spowodował, że 1 lipca 1887 r. ów żwawy jeszcze starzec odszedł w stan spoczynku. Z tej okazji wręczono mu Order Orła królewskiego rodu Hohenzollernów.

Z Kowar podejmował liczne duże wojaże – do Hall w okolicach Wirtembergii, nad Jezioro Bodeńskie, później także do Drezna, Wittenbergu, Pragi, Kissingen, Worms, Frankfurtu n. Menem. Dwukrotnie z powodu dolegliwości z gardłem odwiedził źródła w Ems. Szczególnie jednak ukochał Karkonosze. „Niewielu jest takich, którzy pochwalić się mogą tym, że przemierzyli Karkonosze we wszystkich kierunkach, jak uczynił to on, który w latach młodości z chęcią dosiadał się do ognisk pasterskich, częstował się pieczonymi ziemniakami, a krótkie letnie noce spędzał pod gołym niebem” (profesor doktor Grünhagen we wspomnieniu pośmiertnym w „Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Altertum Schlesiens”).

Theodor Eisenmänger był autorem licznych artykułów zamieszczanych w „Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Altertum Schlesiens”, „Wandererze“ i „Bote aus dem Riesengebirge“, a także w kowarskiem „Sprecherze“. Poza używanym w szkołach powiatu jeleniogórskiego podręcznikiem „Kleine Heimatskunde” („Wiedza o regionie”), napisał także obszerne dzieło „Der Kreis Hirschberg” („Powiat Jeleniogórski”) oraz „Führer durch Schmiedeberg und seine Umgebung” („Przewodnik po Kowarach i okolicach”). W ostatnich latach życia pilnie pracował nad historią swojego miejsca zamieszkania.

Otoczony czułą opieką przez towarzyszkę życia, dożywał swoich dni w szczęściu i radości. Zmarł nagle, nie cierpiąc, 6 marca 1897 r.
poniedziałek, 05 maja 2008
Wydarzyło się w maju (na przestrzeni stuleci)

Na przestrzeni stuleci maj obfitował w różne wydarzenia o większej lub mniejszej wadze dla miasta - jednak na tyle istotne, że odnotowali je kronikarze jeleniogórscy. Dzisiaj to, co za godne spisania uważał Moriitz Vogt...

Rok 1419:
5 maja 1419 r. starosta Heinrich von Laasan potwierdził na piśmie, że bracia Lucas-Markus i Johannes Geißlerowie, jako spadkobiercy Nikolausa Kindlera, sprzedali wieczyście niejakiemu E., jeleniogórskiemu rajcy, zarządcy domu opieki, ufundowanego przez Niklasa Kindlera, wieś i majątek Kunice wraz z młynami, ławami sądowymi, lasami i rybołówstwem na Kamiennej i wszelkimi innymi prawami; w piśmie stwierdzono równocześnie, że folwark w Kunicach wraz z ławą sądową (karczmą sądową lub sołectwem), młyny, lasy i zagroda dla owiec wieczyście należeć będzie do przytułku położonego przed miastem Jelenia Góra i ustalono, w jaki sposób dzielone będą pieniądze z dochodów z rzeczonego majątku Kunice. Od tego czasu Jelenia Góra jest w całości właścicielem majątku Kunice.

Rok 1439:
Przez dłuższy czas ze względu na trwające wojny husyckie Jelenia Góra nie dostąpiła łaski nadania nowych listów lennych, czy też przywilejów, a ze względu na brak wsparcia ze strony władcy miasto nie uczyniło nic w zakresie wprowadzania ulepszeń i odbudowy zniszczonych przez Husytów przedmieść. Pierwszy tego rodzaju dokument pojawia się dopiero 8 maja 1439 roku, a ogłoszony został przez starostę kraju Adolpha von Codlitza i mówi o tym, że ratusz miejski odkupił od Petsche Zedlitza sądy ziemskie w mieście i jego weichbildzie za 150 groszy, pod takim jednak warunkiem, że sprzedający będzie miał prawo odkupienia ich; co jednak nigdy nie nastąpiło i sądy pozostały własnością miasta, co zostało następnie 7 marca 1454 r. potwierdzone przez Albrechta (vidimus dokumentu z 8 maja 1546 r. znajduje się we Wrocławiu).

Rok 1549:
Największym nieszczęściem, jakie spadło wówczas na miasto, był wielki pożar z 18 maja 1549 r., wywołany prawdopodobnie przez niedbalstwo w tej samej słodowni, w której paliło się już w latach 1538 i 1546, a która znajdowała się w obecnym domu Meyerhofa, na rogu Rynku i ul. Bocznej. Ogień był tak gwałtowny, że w ciągu trzech godzin spopielił całe miasto, większość domów bowiem zbudowanych było z drewna, a urządzenia gaśnicze nie były najlepsze. Nie zachowało się nic, poza przedmieściami, prochownią i kościołem, który uległ jednak poważnym uszkodzeniom. W starej lwóweckiej kronice napisano, że nie zostało nawet tyle drewna, by usmażyć rybę na obiad. Życie straciło wielu młodych i starszych mieszkańców. Zaprószenie ognia przypisuje się dwóm młodym parobkom, którzy go albo podłożyli, albo też nie przypilnowali pieca. Inni twierdzą, że stało się to przez nieostrożność piekarza Balthasara Herrmanna, który budynek owej słodowni dzierżawił i który poszedł do łaźni, zostawiając bez nadzoru niezagaszone palenisko. Być może jednak winni byli wszyscy razem. Herrmann z pewnością miał parobków; a gdy umieszczano na obecnym domu kupca Meyerhofera (ówcześnie należącym do Thomanna) kulę z dwoma głowami i tabliczką z datą 1549, upamiętniającą to wydarzenie, którą starsi mieszkańcy jeszcze pamiętają, z pewnością nie odważono by się oskarżyć niewinnych osób.
Niewiele z pamiątki tej pozostało po przeprowadzonym w drugiej połowie obecnego stulecia remoncie kamienicy. Jednak na domu stojącym po przeciwnej stronie ulicy, niegdyś należącym do Krahna, na rogu Schildauergasse [ul. Konopnickiej] i Kirchengasse [ul. Boczna], gdzie dziś znajduje się przekazana spółce akcyjnej drukarnia książek Krahna, wmurowana jest jeszcze mała, prostokątna tabliczka, na której widnieją słowa: ANNO 1549 IN VGILIA CANTATE COMBVSTA EST TOTA CIVITAS. Podczas pożaru kilkoro miejskich dzieci uciekając, zabłądziło aż do Schwarzbach [Czarne]. Zajął się nimi serdecznie Wenzel Schafgotsch z Chojnika, do którego wieś ta wówczas należała, nakarmił je wieczorem, a rankiem w Niedzielę Cantate zaprowadził do miasta. Również inne bliżej i dalej położone miasta i wsie, ale także książęta i panowie, wykazali troskę o nasze miasto.
Pożoga ta spowodowała, że miasto zmuszone było do sprowadzania w owym roku obcego piwa, rada miasta zezwoliła w sierpniu na wyszynk 16 beczek piwa świdnickiego, 16 beczek jaworskiego i 4 beczek grodziskiego, wydała także niektórym mieszczanom zezwolenie na sprowadzanie i wyszynk piwa z zagranicy.

Rok 1718:
W 1718 r., dziewięć lat po położeniu kamienia węgielnego, budowa Kościoła Łaski osiągnęła taki etap, że można było dokonać jego poświęcenia. Nastąpiło to 9 maja, w poniedziałek po Jubilate. Po krótkim kazaniu pastora Möllera, wygłoszonym w kościele tymczasowym, o godzinie 8 wierni przeszli z kościoła tymczasowego w uroczystej procesji prowadzonej przez czterech kaznodziejów, śpiewając pieśni „Es woll' und Gott genädig sein” oraz „Nun bitten wir den Heiligen Geist”, do nowego kościoła. Niesiona przez pierwszego przewodniczącego Kolegium Kościelnego Glafeya cesarska Laska Łaski umieszczona została nad ołtarzem, gdzie znajduje się do dzisiaj. Główne kazanie do psalmu 132, 13.14 wygłosił senior Neunherz, kazanie w nieszpory - magister Mosemann do Izajasza 2, 3.

Rok 1773:
3 maja 1773 r. w Bramie Ulicy Długiej zamontowano nowe wrota, a w czerwcu i lipcu poszerzono bramę, by ułatwić wjazd i wyjazd  z miasta.

Rok 1818:
25 maja 1818 ewangelicki Kościół Łaski obchodził 100-lecie swojego istnienia.

Rok 1870:
W nocy z 1 na 2 maja 1870 r. skrytobójczo zastrzelony został kowal Ulbrich. 30 kwietnia odwiedzi on gospodę „Zum blauen Hirsch” („Kirchkretscham”) i udał się około pół do pierwszej do domu. Po drodze spotkał nocnego strażnika Scheckela, który odprowadził go do Rennhübel. Tam spotkali dwóch podejrzanych mężczyzn, niosących jakieś pakunki, którzy nie potrafili odpowiedzieć na pytanie, skąd idą. Przy próbie ujęcia rzucili się do ucieczki. Zostali schwytani przez kowala Ulbricha niedaleko Fünfhäuserweg [ul. Drzymały]. Podczas próby schwytania ich, co działo się przy obsianym polu, Ulbrich miał rozpoznać jednego z nich, i nie wymieniwszy nazwiska, powiedzieć: „Ach, to ty!”, na co ten, zanim na miejsce dotarł strażnik, wyciągnął pistolet i strzelił Ulbrichowi w pierś, zabijając go na miejscu. Obaj przestępcy uciekli, a ciało Ulbricha strażnicy (na odgłos strzału przybył jeszcze strażnik kolejowy Scholz) zanieśli do domu zmarłego.

Rok 1873:
29 maja 1873 w kuźni i fabryce wagonów pana Krebsa w Kunicach wydarzył się poważny wypadek. W kuźni przerobiona miała zostać ciężka, ważąca 7 funtów, żelazna butla do transportu rtęci, na początek należało ją więc rozbić. Zatrudniony w kuźni 18-letni czeladnik August Weichert z Reibnitz [Rybnica] postanowił napełnić butlę wodą zakręcić szczelnie i wsadzić do pieca, by w ten sposób wpychać jej denko, co też zakomunikował mistrzowi, twierdząc, że to „najszybszy sposób”. Mistrz ostrzegł go przed tą metodą. Weichert mimo to wprowadził zamiar w życie i mimo ostrzeżeń – stanął tuż obok pieca. Nagle rozległ się huk, mistrz pośpieszył do warsztatu i ujrzał czeladnika leżącego we własnej krwi z rozerwaną głową; mózg rozprysnął się na wszystkie strony, musiano szukać kawałków czaszki. Butla z wyrwanym przez zgromadzone w niej opary denkiem przebiła się przez drewniane drzwi i spadła 200 kroków dalej, w ogrodzie Treskowa. Drugiego czeladnika, Josepha Wrastiela z Czech, który stał obok paleniska, części rozerwanego wybuchem pieca trafiły w twarz, parząc dotkliwie. Został przewieziony natychmiast do św. Jadwigi w Cieplicach, na szczęście rany okazały się niegroźne i wkrótce mógł on wyjść ze szpitala. Ciśnienie powietrza spowodowane wybuchem zatrzasnęło drzwi hali, wypadły też wszystkie szyby z okien.

Rok 1850:
Otwarcie "Hali win" Häuslera
Kto wybiera się na spacer na Wzgórze Krzywoustego lub na Helikon lub do Bobrowego Jaru, winien koniecznie odwiedzić położoną na rogu Auengasse i Greiffenberger Straße [ul. Poznańska róg Sobieskiego] "Halę Win" Häuslera. Jest ona dziełem nieżyjącego już tutejszego kupca, Carla Samuela Häuslera, współzałożyciela Kasy Oszczędnościowej i innych instytucji pożytku publicznego, niezmordowanego działacza komunalnego w Jeleniej Górze. Sławę przyniosło mu wynalezienie płaskich, nadających się do krycia domów ogrodowych, dachów cementowo-drewnianych i masy, niezbędnej do ich produkcji; a także uszlachetnianie sadownictwa i upraw winogron, ulepszenie produkowanych soków oraz działania w zakresie wytwarzania wina owocowego i szampana w Niemczech.
"Halę Win", z której pięknie widać Karkonosze, pobliskie Wzgórze Krzywoustego, Helikon i wzgórza oddzielające powiat jeleniogórski od powiatu świerzawskiego, niezapomniany Carl Samuel Häusler wzniósł w 1845 r. wskutek swoich przedsięwzięć w dziedzinie przemysłowej, pokrył ją płaskim dachem z wynalezionego przez siebie cementu drzewnego, na dachu zaś urządził w 1850 r. pawilon, założył grządki, alejki i altany i przekształcił w ten sposób ów dach w kwietny ogród. W maju 1850 r. otworzył tam restaurację, w której goście mogli za niewielką cenę spróbować wina owocowego bez dodatku spirytusu, węgrzynów sporządzonych z win owocowych i szampana wytwarzanego z win zielonogórskich.
Pod dachem znajduje się magazyn mieszczący około 2000 okseftów wina; również wizyta tutaj jest godna polecenia. Można przekonać się tu o wytrzymałości, sile nośnej i zwartości przykrywającego go dachu cementowego.
Spadkobierczynią i właścicielką firmy Carl Samuel Häusler jest wdowa po nim, później zamężna z von Schmelingiem, będąca dostawcą dworu księcia Fryderyka Karola Pruskiego i księcia Ernsta von Sachsen-Coburg-Gotha. Z wielkim zaangażowaniem promowała wszelkie wynalazki zmarłego męża, Carla Samuela Häuslera. Posiadały one patent i były wielokrotnie nagradzane.

piątek, 02 maja 2008
Wrażenia z odsłony pierwszej obchodów 900-lecia

Zapowiedzi były huczne, wielkosłowne i obiecujące. „Jedyny taki weekend na 900 lat” stanowiło hasło przewodnie. Konferencja prasowa prezydenta, w której przydarzyło mi się uczestniczyć, była optymistyczna, a przede wszystkim smaczna: pyszny piernik Mrugały (jednego z lepszych cukierników w mieście) oraz specjalnie na tę okazję wyprodukowane czekoladki ze złotym nadrukiem jelenia niewątpliwie osłodziły pustosłowie prezydentów Obrębalskiego i Szremiuka.

Start nastąpił Pierwszego Maja na Rynku, zwanym Placem Ratuszowym. Z wielką ciekawością udałem się tam i... szczęka mi opadła. Oto wiła się na Rynku przedługaśna kolejka (na oko, po „rozprostowaniu” – tak na 500 metrów), ustawiona do maleńkiego namiociku „Mennicy Państwowej” w którym to nabyć można było tzw. jeleniogórskie dukaty o wartości 4 jeleni (w przeliczeniu – 4 nowe złote polskie) oraz specjalnie bitą monetę srebrną o wartości jeleni czterdziestu. Na ustawionej przy wschodniej pierzei rynku „szalał” werbalnie półinteligentny konferansjer, plotący niesamowite idiotyzmy. Na stoisku u Mrugały wnet skończył się sprzedawany na „porcje” piernik – pozostał ewentualny zakup całości (w gustownej drewnianej skrzyneczce) za dukatów 15 (czyli 60 jeleni lub – jak kto woli – tyleż złotych). Pod baldachimem „ChoCOfee” nabyć można było przepyszne praliny (również te z jeleniem) za – bagatela – 2 złote sztuka. Tuż obok – firma poligraficzna Ad-Rem oferowała „Kroniki Jeleniogórskie” (zainteresowanie umiarkowane, ale było). Obok stoiska mennicy oferowano prażone orzeszki. Skompromitował się moim zdaniem Dział Promocji i Reklamy Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze, wystawiając połatany namiot, w którym wraz z Towarzystwem Przyjaciół Jeleniej Góry (biedny Wojtek uwijał się jak w ukropie, przekładając „Roczniki Jeleniogórskie” z miejsca na miejsce) starano się wypchnąć zalegające w magazynie zapasy makulatury. Żadnego pomysłu na pokazanie choćby cząstki historii naszego miasta, na promocję samej instytucji... Szkoda, że muzeum nasze po prostu... "zdycha" - i to wbrew planom rozbudowy (o tym kiedyś indziej).

Kolejka po dukaty poruszała się powoli. Zza chmur poczęło prześwitywać słońce. Tynk z kamienic przy Rynku dostojnie obłaził. Panowała atmosfera specyficznego uduchowienia i lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku – kolejki i braki towarowe lub (jak w przypadku Muzeum Karkonoskiego) oferowana tandeta. Ruszyłem więc do domu, by przygotować się na odsłonę drugą pierwszego dnia obchodów 900-lecia miasta – Wielki Koncert w cieplickim Parku Zdrojowym, z udziałem gwiazd polskiej estrady i wielkiej „supernovej” ze Szwajcarii – Andreasa Vollenweidera. Obawiałem się trochę, czy nie zawiedzie logistyka – na wspomnianej konferencji prasowej u Prezydenta Miasta wspomniano coś o możliwych 100.000 widzów (przypomnijmy, że cała „rozdmuchana” Jelenia Góra ma około 86.000 mieszkańców).

Do Parku Zdrojowego dotarłem około 18.00. Śpiewała Anna Maria Jopek, a kolejne nieprzemyślane teksty wygłaszał do mikrofonu wynajęty okazyjnie, za niecałe 10.000 zł pan Tomasz Kamel (czy też: „Kammel”, notabene rodowity jeleniogórzanin). Udało mu się dokonać między innymi historycznego odkrycia, że oto 900 lat temu Jelenia Góra otrzymała prawa miejskie! Zaprawdę całkowite zaskoczenie – tym bardziej, że do dziś nie odnaleziono dokumentu lokacyjnego, a rocznica dotyczy „legendarnego założenia miasta” przez któregoś z Bolesławów piastowskich (najpewniej Krzywoustego). Na błoniach rozciągających się z tyłu Pałacu Schaffgotschów zgromadziło się jakieś 2-3 tysiące ludzi. Kolejne cztery setki ustawiło się – a jakże – w kolejkach po prażoną kukurydzę (2 stoiska) piwo (jeden wózek), kiełbaski i napoje (2 miejsca sprzedaży) i balony napełnione helem. Jakież warunki finansowe musiało postawić miasto – zastanawiałem się, - za wynajem powierzchni handlowej w Parku Zdrojowym, że nie było nieomal wcale chętnych na zarobienie kilku porządnych złotych (lub jeleni...) poprzez ustawienie się z punktami sprzedaży gastronomicznej? Przy zakładanej przez organizatorów liczbie gości (przypomnę: "Spodziewamy się stu tysięcy widzów...") wydawać się mogło, że pieniądze będą niczym manna spadać z nieba...

O 20.20 (punktualnie z półgodzinnym opóźnieniem) rozpoczął się koncert Vollenweidera. Piękna to muzyka niewątpliwie. Artysta zapytał publiczność zgromadzoną przed sceną (na oko jakieś 2,5 tysiąca ludzi), w jakim języku ma się do nich zwracać: po szwajcarski (och, przepraszam – po niemiecku), czy po angielsku. Odpowiedź zastanowiła go lekko („W środku Europy... tylko po polsku?”). A co?!

Po niespełna 2 godzinach było po wszystkim – dźwięki ucichły, a zapowiedziana feeria świateł chyba się jeszcze nie zaczęła (może postanowiono przenieść ją na kolejną rocznicę, na przykład okrągłe 901-lecie miasta?).




Pałac Schaffgotschów podczas koncertu Vollenweidera

(Nieomal zapomniałem: przed rozpoczęciem imprezy rocznicowej odbył się pochodzik 1-majowy tuzów jeleniogórskiej lewicy - w liczbie około 30 osób - pod przewodnictwem posła ziemi jeleniogórskiej, tow. Jerzego Szmajdzińskiego).

Drugiego maja szaleństw na 900-lecie dzień drugi. Zobaczymy.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10