Historyjki nie tylko z historii Jeleniej Góry i okolic
Click for Jelenia Góra, Poland Forecast counter
counter Katalog stron internetowych
środa, 30 kwietnia 2008
Szkło artystyczne w Muzeum Karkonoskim

    Niewątpliwie najcenniejszym zbiorem znajdującym się w Muzeum Karkonoskim jest kolekcja szkła artystycznego. Podwaliny pod nią stworzył – po części niezamierzenie – sam Hugo Seydel, jej rozwój nastąpił jednak przede wszystkim w drugiej połowie lat 30-tych XX wieku, a także (a może przede wszystkim) po II wojnie światowej. Jeleniogórska kolekcja szkła artystycznego należy do największych zbiorów w Polsce. Liczy ona około 7000 obiektów i posiada przeszło 150-letnią tradycję, jest też ogniwem łączącym wcześniejszą historię produkcji szkła na Śląsku z jej losami w powojennej Polsce.
    Dr Seydel starał się dokumentować rozwój szklarstwa w Karkonoszach, o czym pisze na łamach swojego dziennika: ”Od samego początku miałem usposobienie do zbierania przedmiotów, które dawały świadectwo o naszych górskich okolicach i obecnych czasach. W pierwszej kolejności wchodziły w rachubę obrazy na płótnie, produkcja szkła, uszlachetnianie szkła za pomocą szlifowania, rytowania i malowania, snycerstwo, rytownictwo”. W dawnym Riesengebirg-Vereins-Museum funkcjonującym do 1945 roku zgromadzono znakomite zbiory szkła: od kunsztownie rzeźbionych pucharów szklanych braci Christiana Gottfrieda i Samuela Schneiderów począwszy, poprzez świetne przykłady z innych pracowni cieplickich, wśród których wymienić należy prace Johanna Benjamina Reichsteina, Carla i Paula Hensela, Ehrenfrieda Pausera, aż po obiekty Friedricha Wilhelma Siebenhaara, najwybitniejszego modelarza i rzeźbiarza herbów, pieczęci i szkła, niedościgłego w swym kunszcie wysokiego reliefu (kamee).
    Przedwojenna kolekcja szkła artystycznego liczyła około 2000 sztuk. Niestety wiele przedmiotów zaginęło podczas zawieruchy wojennej. Liczne eksponaty po wojnie zabrano zaś do Muzeum Narodowego we Wrocławiu albo do Warszawy. Dziś niektóre przedmioty noszą tam jeszcze nalepki z numerem inwentarzowym RGV. Muzeum Miejskie w Jeleniej Górze otworzono dla zwiedzających w 1947 roku. Podczas przeprowadzonej inwentaryzacji stwierdzono, że pozostało w nim ok. 700 obiektów szklanych. W roku 1964 specjalna komisja Ministerstwa Kultury i Sztuki pod przewodnictwem dr Marii Starzewskiej, pierwszego dyrektora Muzeum Śląskiego we Wrocławiu, postanowiła, że ówczesne Muzeum Regionalne w Jeleniej Górze winno specjalizować się w dziedzinie szkła. Największy rozwój kolekcji przypadł na lata działalności dyrektora Henryka Szymczaka, który nie szczędził trudów w pozyskiwaniu środków na zakupy szkła artystycznego. Niestrudzenie pomagał mu w tym Mieczysław Buczyński (1941-2005) pełniący funkcję kustosza od roku 1967. W 1975 r. utworzono Dział Szkła Artystycznego, którym kierował M. Buczyński.

Nieodżałowany kustosz kolekcji Mieczysław Buczyński
Po śmierci Mietka zbiory szkła otrzymały Jego imię.

    Obecnie kolekcja prezentowana jest na 350 m kwadratowych powierzchni wystawienniczej. W pięciu salach ukazuje chronologiczny rozwój wytwórczości szklarskiej. Zgromadzono na tej wystawie ponad 1300 różnorodnych eksponatów. Są tu okazjonalne barokowe i rokokowe puchary z wyszukaną dekoracją i interesującymi inskrypcjami, grubościenne koniczne szklanice i cylindryczne kufle pamiątkowe z wedutami uzdrowisk śląskich: Cieplic, Szczawna, Lądka i Świeradowa oraz liczne karafy i butle podróżne. Jest także ciekawy i cenny zbiór szkieł mlecznych, wytwarzanych z dodatkiem proszku kostnego. Zbiory Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze wzbogaciły się znacznie w 1967 roku, kiedy w depozyt oddano około 300 zabytkowych obiektów z wzorcowni huty Josephine w Piechowicach. Były to szkła z ustaloną proweniencją.W roku 1995 do muzeum przekazano dalsze 1188 eksponatów przed sprzedażą prywatnemu nabywcy huty Julia (dawniej Josephine). Po drugiej wojnie powiększano ponadto zbiory, dokumentując działalność współczesnych artystów, którzy kontynuowali bogate tradycje szklarstwa śląskiego. Zbiór szkła współczesnego liczy około 1500 sztuk i ukazuje poszukiwania artystyczne od 1945 roku aż po czasy najnowsze.



środa, 23 kwietnia 2008
Dom Carla (i Gerharta) Hauptmannów - wystawa
Leszka Leguta Małe Karkonosze


Jest autorem nastrojowych pejzaży nawiązujących w swojej stylistyce do arcydzieł twórców tzw. Śląskiej Szkoły Krajobrazowej (za jej czołowego przedstawiciela uważa się obecnie Adolfa Dresslera). Urodzony w 1959 r. we Wrocławiu od 1984 mieszka i prowadzi własną pracownię w Karpaczu.
Nie komentuje swojego otoczenia ale na płaszczyznach swoich obrazów notuje taką rzeczywistość, jaką odbiera:cudowną i piękną. Znakomicie "czuje" przestrzeń, po mistrzowsku oddaje stosunki świetlne tak istotne w podejmowanych tematach. Zarówno w rozległych górskich panoramach, w kameralnie opisywanych fragmentach leśnych ustroni, w motywach wydawałoby się nie związanych z przyrodą. Poświęcone Karkonoszom i Pogórzu prace zestawia w cykle o wiele mówiących tytułach: "W górach jest wszystko co kocham...", "Karkonosze olbrzymie i małe", "Ruiny".

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Czy "popsuliśmy" Ziemie Pojałtańskie?

Natknąłem się w sieci na opublikowany 3 kwietnia br. w tzw. „Salonie24” wpis pod tytułem "Polska zniszczyła Ziemie Odzyskane tak jak małpa zegarek". Pan autor o przydługim pseudonimie Ras Fufu – Lew Salonowy, najwyraźniej człek bardzo młody, głosi w nim swoją opinię na temat powojennych losów tzw. „Ziem Odzyskanych” w aspekcie ich cywilizacyjnej, architektonicznej, kulturowej i przemysłowej degradacji pod polską administracją na przestrzeni lat 1945-2008 (zwrot „pod polską administracją” zapożyczyłem z zachodnioniemieckich podręczników do geografii z czasów, gdy w RFN w latach 70-tych chodziłem do ichniego „Gymnasium”, a mapy Niemiec w nich zamieszczone obejmowały północne i zachodnie tereny Polski, zaznaczone jaśniejszym odcieniem, niż pozostały obszar Niemiec i opatrzone opisem „unter polnischer Verwaltung”. Obszar NRD oznaczano wówczas dla odmiany skrótem SBZ [Sowjetische Besatzungszone]). Ras Fufu w swoim tekście, po przedstawieniu przykładów na przedwojenne, niewątpliwe osiągnięcia cywilizacyjne na tych ziemiach, stwierdza, że – cytuję: „Polska z Ziemiami Odzyskanymi zrobiła mniej więcej to, co małpa robi z zegarkiem. Zniszczono i infrastrukturę kulturalną i transportową. Miasta, które były aglomeracjami rozproszonymi mającymi dzięki tej infrastrukturze w swym zasięgu nawet 200-300 tys. ludności, po upadku systemu transportu stały się 40- 50-tysięcznymi miastami średniej wielkości. Przestały być regionalnymi centrami, jak przed wojną. Ludność przestała podróżować, przynajmniej na te dłuższe dystanse. Wielkomiejskość nagle stąd prysła”. I dalej: „Europejskość też. Kicz zastąpił przedwojenną elegancję i smak. Po niemieckiej stronie jest ładnie, po polskiej wygląda jak w Meksyku - wszędzie strip landscape” [...] „Upadła turystyka. Do Karpacza przed wojną przyjeżdżało po kilka pociągów dziennie z Berlina i jeden z Amsterdamu. Dziś na torach rosną drzewa, kolejka narciarska na Kopę to pojedyncze krzesełko niezmienione od 30 lat, poruszające się z prędkością emeryta, jakieś 3 km/h”. Dodać trzeba, że jak wynika ze słów autora, mieszkał on „w jednej z niewielkich wiosek po niemieckiej stronie granicy”, przez wiele lat (enigmatyczne to trochę, ale więcej informacji nie ma) i w związku z tym wie, że „Tam nawet na wsiach i w miasteczkach czuć wielkie miasta, musicale, opasłe gazety codzienne, przy których najgrubsze polskie to zwykłe tabloidy. [...] Niemcy to federalizm, tam ‘centrala’ bierze tylko swój udział w podatkach, ustala przepisy ramowe. Resztę robią landy, od telewizji publicznej (a jakże, regionalnej) po program nauki w szkołach. Rola niemieckiej ‘Warszawy’ jest zminimalizowana. Być może i tu byłyby "polskie Niemcy" gdyby nie polski centralizm”.
Wielce zajmujące są również komentarze do tego wpisu – było ich do 20 kwietnia aż 128 – z których jedynie część nosi znamiona merytorycznej dyskusji, większość zaś to takie bliskie naszej tradycji pieniactwo. Już pierwszy jest charakterystyczny dla pewnego sposobu myślenia: „Czyżby kolega rozpoczynał akcję tłumaczącą konieczność oddania Ziem zachodnich Niemcom?”. Są też inne: „A wiesz, że podobnych postów jest całe mnóstwo na forach, które ulubili sobie aktywiści ze związku wysiedlonych? Oni też świetnie mówią po polsku”.
Nie przypuszczam, by zamiarem pana Ras Fufu było wydanie zachodnich i północnych ziem RP Niemcom; wnioski i diagnozy autora są moim zdaniem płytkie i tylko w niewielkim stopniu uzasadnione – ale sam temat publikacji interesujący. Niejednokrotnie zastanawiam się podczas „łazęg” w Kotlinie Jeleniogórskiej, dlaczego wygląd niektórych (większości?) miasteczek i wsi jest tak zasmucający? Dlaczego wiele budynków, obejść, chałup i domów przedstawia „obraz nędzy i rozpaczy”? Zgoda: część zaniedbań (zniszczeń) tłumaczyć można PRL-owskim systemem polityczno-gospodarczym, brakiem środków i materiałów... Ale czy to nie jest w jakimś stopniu łatwizna? Podopolskie wsie w okolicy Góry Św. Anny, które poznałem w drugiej połowie lat 80-tych ubiegłego stulecia trwały w tym samym systemie, jednak ich obraz był o wiele estetyczniejszy, niźli tych wsi, z których poprzedni mieszkańcy wyjechali. Z drugiej strony zapamiętałem brud, zniszczenia i brak dbałości o „obejścia” we wsiach byłego NRD (to końcówka lat 70-tych) okolic Miśni i Żytawy. Jest też w cytowanym przeze mnie tekście wątek „architektoniczny” – o wyższości budownictwa niemieckiego i kształtowania przestrzeni urbanistycznej nad polskim. Zgoda: Zabobrze w Jeleniej Górze nie stanowi powodu do chwały, jak zresztą żadne blokowisko z wielkiej płyty. Pamiętać należy jednak, że stan kamienic w Rynku i wokół Rynku jeleniogórskiego w latach 1936-1945 był zatrważająco zły, niekiedy katastrofalny; ówczesny zarząd miasta musiał podjąć decyzje o częściowych wyburzeniach, które kontynuowane były (raczej słusznie z punktu widzenia inżynierii budowlanej) po II wojnie światowej. Gdzie więc ta niesłychana niemiecka dbałość o zachowanie „perełek” architektonicznych, o której wspomina Ras Fufu?
W komentarzach do wpisu autorzy odnoszą się do sytuacji w byłym NRD, gdzie do dziś – mimo niezliczonych miliardów marek (i euro) wpompowanych przez państwo po zjednoczeniu – w wielu prowincjonalnych miejscowościach panuje bałagan, a zainwestowane pieniądze nie zmieniły wyglądu takich wiosek i miasteczek. Czy to więc wina „bywszego” systemu, który do tego stopnia odcisnął się piętnem na świadomości i postawach ludzkich, że mimo stworzonych warunków finansowych – dalece lepszych, niż w Polsce – niewiele się zmieniło? Pisze autor z dużą dozą naiwności: „Gdyby te tereny dziś powróciłyby do Niemiec, przypuszczalnie nasz zachodni brat przysłałby sztab profesorów, którzy przypuszczalnie przeszczepiliby tu na powrót to, co było tu przed wojną, a oni nadal mają zaraz za zachodnią granicą. Przypuszczanie podobnie jak za Odra i Nysą, do wiosek, miast i miasteczek znów zaczęłyby kursować pociągi co kilkadziesiąt minut, i znów ładowanoby pieniądze w opery i teatry na głębokiej prowincji, zorganizowane w niemieckim stylu, bazujące na teatrach przyjezdnych”, a wspominając potencjalny przyjazd „niemieckich profesorów” – do żywego dotyka licznych germanofobów i głosicieli teorii o odebraniu nam przez Niemcy terenów pojałtańskich.

A jednak jest w wywodach Ras Fufu ziarno (a może cały worek ziaren) prawdy: przez nieomal pół wieku administrowania tzw. Ziemiami Zachodnimi napsuliśmy sporo – zarówno Państwo, jak i ludzie, a więc my, „nowi” (po ponad 60 latach po wojnie to już nie całkiem adekwatne określenie) mieszkańcy tych terenów. Na szczęście przez ostatnie 10-15 lat wiele się zmieniło, również mentalność ludzi i podejście do – nazwijmy to – architektonicznego i budowlanego dziedzictwa historycznego. Niegdyś owe liczne bardzo zaniedbane obejścia w podkarkonoskich wsiach zmieniają swój wygląd (i pewnie właścicieli). Zmiany następują nieustannie – i chyba warto pisać właśnie o takich pozytywnych przykładach (ot, choćby wioska Radzimowice [za Niemców: Altenberg] nad Mysłowem koło Kaczorowa, o którą „zahaczyłem” przed tygodniem) i głosić je, i popularyzować. Tym bardziej, że zmienia się coraz więcej i coraz szybciej: na pewno na „ładniej”, być może – „na lepiej”.


Radzimowice - ryneczek

piątek, 11 kwietnia 2008
Obchodów 900-lecia ciąg dalszy

Oto program przygotowany przez Prezydenta i Rajców miejskich na długi weekend majowy:

1 maja 2008, Rynek (Plac Ratuszowy)

·         PROMOCJA DUKATA LOKALNEGO „JELEŃ PŁATNICZY” - wprowadzenie do obiegu monety zastępczej o nominale "4 jelenie" i wartości 4,- zł. Monetą będzie można płacić w specjalnie oznaczonych punktach usługowych, handlowych i restauracjach.

·         Promocja „Kroniki miasta Jelenia Góra na Śląsku do roku 1847” - J.K. Herbsta

·         „JELENIOGÓRSKIE CIAPTAKI I PIERNIKI” – cuda kulinarne i cukiernicze z regionu.

Park Zdrojowy w Cieplicach
:

·         KONCERT GWIAZDY DLA JELENIEJ GÓRY - Andreas Vollenweider, Anna Maria Jopek, M. Napiórkowski, A. Lesicki

2 maja 2008,  Rynek (Plac Ratuszowy)

·         ŚWIĘTO FLAGI, BARW I HERBÓW JELENIEJ GÓRY - prezentacja historii herbu i flagi Jeleniej Góry, orkiestry dęte oraz koncert zespołów: Kult, Voo-voo, Leniwiec

3 maja 2008,  Rynek (Plac Ratuszowy)

·         KONCERT DLA MIASTA - Utwory w opracowaniu E. Czernego w wykonaniu Urszuli Dudziak, Big Bandu Akademii Muzycznej w Katowicach oraz Filharmonii Dolnośląskiej w Jeleniej Górze, który dedykowany będzie poszczególnym częściom miasta.


środa, 09 kwietnia 2008
Kleine Teichbaude - Samotnia

"A przeszedłszy przez górę Srebrnego Grzebienia,
Stajemy niespodzianie pełni zdziwienia.
Czarny Staw połyskuje się wśród skał ołtarza.
Wdzięczy się z odległości, a z bliska przeraża.
A u stóp mamy jezioro drugie,
Tylko głębsze, smutniejsze, bez ozdób natury,
Ponieważ ma wokoło obnażone góry,
I posiwiałe barwą kamienie ogromne,
Szarpane siłą czasu, leżą wiekopomne.
Tam szałas, od pasterzy w lecie zamieszkany,
Od gości unużonych bywa odwiedzany,
W którym ogień całą noc pali się z łoskotem,
A pasterze wokoło śpiąc, leżą pokotem..."

(Bogusz Zygmunt Stęczyński, 1845 r.)

Tak ów polski obieżyświat opisywał okolice Małego i Wielkiego Stawu oraz „boudę” – Baudę – szałas pasterski nieopodal Małego Stawu. Pierwsze pisemne wzmianki o Samotni pochodzą z drugiej połowy XVII w., gdy we wrześniu 1670 r. rektor wrocławskiego gimnazjum św. Marii-Magdaleny, Christian Gryphius (nb. urodzony we Wschowej). W kotle stojącej wówczas w Małego Stawu budzie mieszkał podówczas ponadsześćdziesięcioletni strażnik, pilnujący hrabiowskich pstrągów w stawie.

Obecny budynek, który jest już kolejnym w tym miejscu, powstał pod koniec XIX w. Mimo wielokrotnych przeróbek nie utracił on swojego charakteru, a dzięki niezwykłej scenerii natury jest bodaj najpiękniej położonym schroniskiem w Karkonoszach (a może i w całych Sudetach...).

Ostatnim przedwojennym właścicielem był Franz Hövel, jednak najbardziej znaczącej przebudowy dokonał w latach 1922-23 Franz Kraus wg projektu jeleniogórskich architektów, braci Albert – to wówczas powstało zachodnie skrzydło, zwiększające możliwości noclegowe schroniska. Zachowano przy tym charakterystyczne elementy konstrukcji przysłupowej budynku głównego o stromym dwuspadowym dachu. Elementem charakterystycznym jest umieszczona od strony północno-wschodniej na kalenicy dachu sygnaturka. Powstała ona za czasów Heinricha Richtera z Arnsdorf (Miłków), który nabył obiekt w 1891 r. Za jego zresztą czasów obiekt definitywnie stał się schroniskiem turystycznym. W wieżyczce znajduje się odlany w Jeleniej Górze dzwon z datą 1861. Po przebudowie „Kleine Teichbaude” czynne było ku uciesze amatorów narciarstwa również zimą.

Po 1945 r. schronisko administrowane było przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, następnie przez PTTK i do 1966 r. kierowane jest przez licznych kolejnych zarządców (w sumie około 15).


Waldemar Siemaszko

Od 1966 rozpoczyna się „Era Siemaszkowska” – Samotnię przejmuje Waldemar Siemaszko, ratownik GOPR, przewodnik sudecki, lawinoznawca, absolwent Instytutu Lawinowego w Davos i obecny patron schroniska (zginął tragicznie 10 lutego 1994 r. w wypadku samochodowym w Karpaczu Górnym).