Historyjki nie tylko z historii Jeleniej Góry i okolic
Click for Jelenia Góra, Poland Forecast counter
counter Katalog stron internetowych
poniedziałek, 31 marca 2008
Jakuszyce – Orle: ostatni weekend marca

Z okazji III Biegu z Czołówką (dla wyjaśnienia: bieg odbywa się po ciemku, a czołówki to latarki noszone na głowie) udałem się w sobotę na Orle, gdzie odbywał się start. W stacji turystycznej u Staszka Kornafela pełne obłożenie. Bieg się odbył zgodnie z planem – udział wzięło 8 zawodniczek i zawodników, do mety nie dobiegł nikt. „Rozbitków” Staszek zbierał z trasy skuterem śnieżnym z przyczepką.

Rankiem zaś w niedzielę poszedłem na ostatni najpewniej w tym sezonie zimowy spacer nad Izerę, a towarzyszył mi niestrudzenie Staszkowy owczarek podhalański. Kilka impresji z Orlego i okolic poniżej.

Przemysław Wiater - pomysłodawca i organizator "Biegu z Czołówką"

Poranek na Orlu - skuter "ratunkowy".

Stacja turystyczna "Orle" rankiem w niedzielę.

Była strażnica WOP-u, obecnie "noclegownia" turystyczna.

Wschód słońca nad Orlem.

W drodze do Izery - w dole mostek graniczny.

Na mostku granicznym z wiernym towarzyszem.

Przejście graniczne od czeskiej strony.

Śląsko-czeski święty Nepomucen pilnuje granicy.

Warunki do biegania na nartach wyśmienite!

Zasłużony odpoczynek po spacerze porannym.

Imprezę zakończyliśmy w Harrachovie w restauracji "Praha": przy stole komitet organizacyjno-zawodniczy (trzech doktorów i moja skromna osoba).

piątek, 28 marca 2008
PKS Tour Jelenia Góra - punktualni

Od kiedy PKS w Jeleniej Górze stał się firmą prywatną, postawiono na lepszy tabor, wyższe ceny i punktualność pod każdym względem.

Na jeleniogórskim dworcu autobusowym jest więc toaleta - czynna w dokładnie ustalonym "czasokresie"... zresztą sami zobaczcie na zdjęciu, jak dokładnie:


czwartek, 27 marca 2008
Hanna Reitsch

29 marca 1912 r. w Jeleniej Górze w mieszczańskiej rodzinie lekarskiej, urodziła się Hanna Reitsch, jako drugie z trojga dzieci. Ojciec prowadził w mieście klinikę okulistyczną. Jej matka pochodziła z arystokratycznego rodu tyrolskiego. Reitschowie byli typowymi pruskimi patriotami, rozczarowanymi politycznymi wydarzeniami w Niemczech po I. wojnie światowej, ojciec szybko wstąpił do partii hitlerowskiej, będąc pod przemożnym wpływem głoszonych przez führera haseł rewanżystycznych. Nie pozostało to bez wpływu na Hannę: pojęcia honor, wierność, miłość do ojczyzny, zdefiniowane przez reżim Hitlera, stanowiły dla niej ogromną wartość.


Po maturze w 1931 r. Hanna otrzymała rodzicielskie pozwolenie na udział w kursie szybowcowym w Jeżowie Sudeckim. Jako jedyna dziewczyna narażona była – także ze względu na swój wzrost (1,54 m przy 45 kg wagi) – na docinki ze strony męskich uczestników kursu. Jednak złośliwości szybko zamieniły się w pochwały – jej talent do latania był niekwestionowany. W Jeżowie Hanna Reitsch poznała Wernhera von Brauna, twórcę silnika rakietowego i projektanta pocisków V1 i V2, a także słynnego kierownika szkoły szybowcowej w Jeżowie Sudeckim, Wolfa Hirtha.

Po dojściu Hitlera do władzy Hanna Reitsch wprawdzie nie wstąpiła do BdM (Bund deutscher Mädel – faszystowska organizacja dla młodych kobiet), nie została też członkiem NSDAP, co w uznaniu jej lotniczych zasług tolerowano; jednak również nigdy nie konstatowała w żaden sposób polityki III Rzeszy. Wprawdzie z niepokojem odebrała wiadomość o wybuchu wojny 1 września 1939 r., równocześnie jednak widziała w nim „odszkodowanie” i możliwość połączenia Śląska w „gniazdo niemieckości w ramach Wielkiej Rzeszy” (w: Anna Maria Sigmund, „Die Frauen der Nazis II”, Monachium 2000 r.). Bardzo charakterystyczna jest wypowiedź Hanny Reitsch z 26 kwietnia 1945, na kilka dni przed końcem wojny, gdy przyleciała do Berlina, sadzając maszynę „Storch” przed Bramą Brandenburską: „Przywództwo państwowe może być słuszne lub niesłuszne – nie mnie jednak to oceniać. Jeżeli jednak należy się do kasty przywódców, należy być gotowym na śmierć wraz z nią” (w: Hanna Reitsch, Höhen und Tiefen, 1945-1977, Monachium 1977 r.).

Podczas audiencji w Berghof, podczas której Hitler gratulował jej z powodu odznaczenia Żelaznym Krzyżem I klasy (otrzymała je w 1943 r., po wypadku podczas oblatywania napędzanego silnikiem rakietowym samolotu Me 163, który w ciągu 2 minut osiągał pułap 10 kilometrów. Lot zakończył się katastrofą – mimo poważnej usterki Reitsch sprowadziła samolot na ziemię, doznając ciężkich obrażeń głowy), ponownie dała wyraz swojej wierności wobec III Rzeszy: wyjaśniając swoją chęć oblatywania załogowej rakiety V-1 powiedziała do Hitlera „Jest to samopoświęcenie się człowieka w przekonaniu, że żaden inny środek nie przyniesie ratunku” (w: Hanna Reitsch, Fliegen, str. 312). Reitsch żądała, by stworzyć szwadron pilotów-samobójców, którzy atakowaliby, jako „żywe bomby”, alianckie samoloty nad Niemcami.

Jeszcze 28 kwietnia 1945 r., wezwana do kwatery głównej Führera, namawiała Hitlera, by wraz z nią i rannym generałem von Greimem opuścił Berlin. Po jego odmowie wystartowała szkoleniowym samolotem z oblężonego Berlina, zabierając ze sobą von Greima i wylądowała na granicy Czech i Austrii, by trafić następnie do amerykańskiej niewoli w Kitzbühel.

Niezależnie jednak od jej wyborów politycznych i przekonań była Hanna Reitsch bez wątpienia jednym z najlepszych żeńskich pilotów okresu przed- i powojennego. Pierwszy swój lot szybowcem odbyła pod okiem instruktora Pita van Husena w maszynie „Grunau 9”. Początki nie były zbyt udane, jednak podczas egzaminu klasy A przebywała w powietrzu przez 39 sekund – przy wymogu 30 sekund lotu. Bez większych kłopotów zdała również egzaminy na klasę B i C.

W 1933 roku Reitsch po czterech semestrach przerwała studia medyczne i ruszyła w ślad za Wolframem „Wolfem” Hirthem do nowej szkoły lotnictwa szybowcowego na górze Hornberg koło Schwäbisch Gmünd. W latach 1933-34 wzięła udział w ekspedycji badawczej do Brazylii i Argentyny.

Rok później Hanna Reitsch wstąpiła do „Niemieckiego Instytutu Badawczego Szybownictwa” („Deutsche Forschungsanstalt für Segelflug“) w Darmstadt i pozostała jego pracownikiem cywilnym do 1945 r. Od 1936 roku był również pilotem-oblatywaczem.

W 1937 r. wraz z pięcioma innymi pilotami dokonała pierwszego w historii szybowcowego przelotu nad Alpami z Niemiec do Włoch, pilotując maszynę „Sperber Junior”.  

W następnym roku zasiadła za sterami śmigłowca Focke-Wulf 61, wznosząc w powietrze się wewnątrz „Deutschlandhalle” w Berlinie.

W latach 1937-39 Reitsch bije rekord odległości przelotu na trasie Wasserkuppe (duże centrum szybowcowe w górach Rhön z najstarszą szkołą szybowcową na świecie) – Hamburg, światowy rekord lotu na celność z powrotem do punktu startu na trasie Darmstadt – Wasserkuppe, a w lipcu 1939 r. poprawia ten ostatni rekord na trasie Magdeburg – Szczecin.

Hanna Reitsch otrzymała także honorowe obywatelstwo miasta Jelenia Góra (nota bene tytułem tym wyróżniony został przez radę miasta również Adolf Hitler).

Pod koniec lutego 1945 Reitsch ląduje w otoczonym i ostrzeliwanym przez Armię Czerwoną Wrocławiu. W drodze powrotnej, nad Jelenią Górą, zostaje wezwana do Kitzbühel, gdzie powstać mają przy jej pomocy lądowiska dla samolotów transportujących rannych. Wówczas spotyka się z rodziną, która uciekła przed zbliżającym się frontem do Salzburga.

Po wojnie w 1954 r. podejmuje ponownie pracę pilota-oblatywacza w „Niemieckim Instytucie Doświadczalnym Lotnictwa” („Deutsche Versuchsanstalt für Luftfahrt”). Popularyzuje szybownictwo –w Ghanie i w Indiach.


Hanna Reitsch zmarła 24 sierpnia 1979 r. w wieku 67 lat we Frankfurcie nad Menem. Nigdy nie odcięła się od swojego zaangażowania na rzecz hitlerowskich Niemiec: „Zajmowałam się wyłącznie badaniami, z polityką nie miałam nic wspólnego”.

wtorek, 25 marca 2008
Tragedia w Białym Jarze


27-letni instruktor narciarstwa, Szymon K. zginął w lawinie, która zeszła w sobotę 22 marca tuż przed godz. 16.00 w Białym Jarze w Karkonoszach. Ciało snowboardzisty wydobyto w niedzielę około godz. 14.00 spod trzymetrowej warstwy śniegu.

Akcja ratownicza trwała dwa dni. Ratownicy Grupy Karkonoskiej GOPR rozpoczęli ją natychmiast po tym, jak o dramatycznym wydarzeniu powiadomił policję kolega ofiary, który widział całe zdarzenie.  W sobotę poszukiwania prowadziło kilkudziesięciu polskich i czeskich ratowników górskich oraz strażaków. Po zmierzchu akcję trzeba było jednak przerwać ze względu na skrajnie trudne warunki atmosferyczne panujące w górach i zagrożenie zejściem ponownej lawiny w Białym Jarze. Trudną i bardzo niebezpieczną akcję zdecydowano wznowić w świąteczną niedzielę rano, mimo wciąż wielkiego zagrożenia lawinowego. Na potężnym lawinisku przez kilka godzin pracowało blisko 150 osób.

(zdjęcie - Nowiny Jeleniogórskie, D. Antosik)

Snowboardzista sam spowodował gigantyczną lawinę. Biały Jar, który jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Karkonoszach właśnie ze względu na bardzo wysokie zagrożenie lawinowe, jest zimą zamknięty dla turystów. Podcinając deską niestabilną warstwę śniegu wywołał w efekcie jedną z największych lawin, jakie kiedykolwiek zdarzyły się tutaj. Rozmiarami podobną to tej najsłynniejszej, która zdarzyła się w tym samym Białym Jarze niemal dokładnie 40 lat temu (20 marca 1968 r.).

Najszczersze wyrazy współczucia Matce i Siostrze Szymona.

piątek, 21 marca 2008
Wielkanocy terminu ustalanie

Z ponad stustronicowego kompendium wiedzy na temat kalendarzy o niezbyt porywającym tytule „Astronomische Grundlagen des Kalenders für das Jahr 2008“ możemy dowiedzieć się następujących rzeczy:

W pięćdziesięcioleciu pomiędzy rokiem 1980 i 2031 przypadająca na 23 marca Niedziela Wielkanocna jest terminem najwcześniejszym. To największe święto świata chrześcijańskiego przypadało na ten dzień ostatnio w 1913 r.

Obliczanie terminu Świąt Wielkiej nocy jest dziecinne proste – przynajmniej dla komputerów. Zawdzięczamy to matematykowi Carlowi Friedrichowi Gaußowi, który w 1800 r. odkrył „Formułę Wielkanocną”. Dzięki temu algorytmowi można obliczyć termin Świąt Zmartwychwstania dla każdego roku – wzorem tym „posługują się” współczesne komputery. Jednak pozwala on jedynie na wskazanie odpowiedniej daty, nie tłumacząc, dlaczego Wielkanoc nie ma – podobnie jak Boże Narodzenie – stałego terminu.

Aby znaleźć odpowiedź na takie pytanie, należy sięgnąć do podręcznika historii kościoła. Wiedzie on do żydowskich korzeni chrześcijaństwa. Ewangeliści opisują cierpienie i śmierć Jezusa na tle obchodzonego święta Paschy. Żydzi obchodzą je zawsze czternastego dnia miesiąca Nisan, na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Jednak w chrześcijańskim, odmiennym kalendarzu termin ten przypada każdorazowo w inny dzień i nie da się go związać z konkretną datą.

Wczesne chrześcijaństwo nie miało początkowo jednolitego terminu Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Przypadało ono więc na dzień święta Paschy. Odłączenie się kościoła od synagogi doprowadziło po gwałtownych konfliktach do rozdziału oby świąt. Sobór Nicejski w 325 r. potwierdził, że Wielkanoc przypadać będzie w pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W ten sposób uczestnicy Soboru chcieli zaakcentować chrześcijański aspekt święta.

W nazwanym imieniem papieża Grzegorza XIII kalendarzu gregoriańskim w 1582 r. ostatecznie ustalono, że wiosna rozpoczyna się 21 marca, a więc zgodnie z tradycją istniejącą od Średniowiecza. Tego dnia przypadał również ustalony pierwszy dzień w roku 325, kiedy obradował Sobór Nicejski. W ten sposób – mówiąc w uproszczeniu – możliwych jest 35 terminów Świąt Wielkanocnych pomiędzy 22 marca a 25 kwietnia. Jeśli jednak pierwsza wiosenna pełnia księżyca wypadnie 21 marca, a dzień ten będzie niedzielą, wówczas – jak ustalono – Wielkanoc obchodzona będzie w następną niedzielę.

Jednak nie wszystkie terminy Wielkanocy występują równie często – te wczesne, przed 28 marca i te bardzo późne, po 21 kwietnia, są rzadsze, niż pozostałe – z powodów matematycznych, nie teologicznych. Od chwili wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego Wielkanoc jedynie dwukrotnie wypadała 24 marca: w latach 1799 i 1940; natomiast 23 marca już siedmiokrotnie w tym samym okresie.

Kolejną Wielkanoc w dniu 23 marca obchodzić będziemy dopiero w 2160 r.

A tymczasem - życzę wszystkim

Wspaniałych, Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkiej Nocy

środa, 12 marca 2008
Sagenhalle Hermanna Hendricha

    Przed 75 laty w Dolinie Siedmiu Domów stanęła Sagenhalle. Budynek według projektu berlińskiego architekta Paula Englera został wzniesiony w 1903 r., a swoim w wystroju nawiązywał do symboliki starogermańskich legend. Było to miejsce ekspozycji cyklu ośmiu wielkoformatowych obrazów poświęconych karkonoskiemu Duchowi Gór, którego Hermann von Hendrich przedstawiał jako personifikację sił natury. 60 lat temu 'Hala Baśni' lub 'Hala Sag' przestała istnieć. Kim był pomysłodawca i autor malowideł wystawianych w niezwykłej scenerii? Przemysław Wiater opisuje go tak: „Urodzony w Heringen, w Górach Harzu malarz Hermann von Hendrich (1854-1931) był artystą niepowszednim. Niewysoki, ze sporym brzuszkiem i niewielką bródką, a przy tym dynamiczny, pełen werwy i niecodziennych pomysłów”. W wieku 16 lat rozpoczął przygodę ze sztuką, ucząc się litografii u mistrza Theodora Müllera w Nordhausen. Wkrótce porzucił jednak czeladnictwo, by przyłączyć się do trupy aktorskiej – występował m. in. w Detmold i Düsseldorfie. Podczas studyjnej podróży do Norwegii w 1876 r. poznał mity i sagi nordyckie, zainspirowany nimi stworzył pięć obrazów o tematyce związanej z sagą Beowulfa Do Norwegii powrócił ponownie w 1885 r. W 1889 r. cesarz Wilhelm II nabył jego obraz „Atlantis”.

W 1901 r. na na Hexentanzplatz (Plac Tańca Czarownic) koło Thale w górach Harzu otwarta zostaje Hala Walpurgii - pomysł Hendricha. Miejsce to było wcześniej punktem spotkań i pogańskich tańców w świetle księżyca.

Dwa lata później w Szklarskiej Porębie Średniej powstaje Sagenhalle. W 1913 r. powstaje jeszcze jedna tego typu budowla: Nibelungenhalle w Königswinter.

Wystawione w Szklarskiej Porębie obrazy przedstawiały sceny pejzażowo-figuralne o posmaku baśniowym utrzymane w malarskiej stylistyce secesji („Ogród Ducha Gór”, „Bogini Wiosna”, „Zamek Ducha Gór”, „Wielki Szyszak”, „Śnieżne Kotły”, „Mały Staw”, „Wodospad Kamieńczyk”, „Górska grań”). Sam von Hendrich zamieszkał w swoim domu (nazwanym od jego nazwiska Hendrich-Haus), w pobliżu Sagenhalle. W 1927 r. malarz odstąpił gminie Szklarska Poręba swój dom i „Halę Baśni” w zamian za dożywotnią rentę. 18 lipca 1931 r. Hermann Hendrich zginał pod kołami pociągu w Szklarskiej Porębie. Nie wiadomo, czy był to wypadek, czy też artysta popełnił samobójstwo.

Po jego śmierci zamieszkał tutaj wybitny literat i naukowiec, dr Wilhelm Bölsche i utworzył w domu niewielkie muzeum geologiczno-przyrodnicze ukazujące bogactwa naturalne Karkonoszy i Gór Izerskich. Przemysław Wiater pisze: „’Hala Baśni’ była chętnie odwiedzana przez wypoczywających pod Szrenicą wczasowiczów. Rozpalanie wielkiego ogniska było kulminacyjnym punktem programu ‘Tygodnia św. Jana’- czerwcowego festynu ludowo-artystycznego, który w okresie międzywojennym odbywał się corocznie w Szklarskiej Porębie w tygodniu, na który przypadała Noc Świętojańska. Festyn ten był jedną z największych karkonoskich atrakcji. [...] Dużą popularnością cieszyły się pocztówki i wydawnictwa z reprodukcjami obrazów Hendricha poświęconych karkonoskiemu Duchowi Gór”.

Po drugiej wojnie światowej karkonoski Duch Gór nie cieszył się przychylnością ani nowych władz, ani dyspozycyjnych publicystów. R. Izbicki, specjalny wysłannik „Głosu Ludu”, w reportażu ze Szklarskiej Poręby, zanotował: Skończyć z Rübezahlem! Musimy równie ostro wystąpić przeciw 'uświęconemu' przez nadwornego tych okolic grafomana kultu niejakiego Rübezahla, co po polsku wypada dosłownie: Liczyrzepa. Z dziwnym uporem robi się z tego dziada z długą po kostki brodą, na golasa wałęsającego się po górach i w gruncie rzeczy złośliwego, tępego tworu niemieckiej fantazji literackiej - coś w rodzaju naszego Janosika lub wschodnio - karpackiego Dobosza. Na okładkach wydawnictw regionalnych, pocztówkach, wywieszkach reklamowych, szyldach sklepów i, pożal się Boże, "pamiątkach turystycznych" dziadyga ten z potworną maczugą w łapie ma symbolizować sympatycznego i... na dobitek słowiańskiego ducha Karkonoszy. Skąd u diabła ubrdało się komuś , że to ma jakiś sens w ogóle, a propagandowy w szczególności? A niechże ktoś wyrwie tę maczugę i dopóty po łbach tłucze, aż zatłucze na amen regionalne dziwowisko. W muzeum w Szklarskiej Porębie Środkowej pokazują te historie na kilkunastu "landszaftach". Narracyjna podkładka ma je zwiedzającym Polakom przybliżyć w odczuwaniu typowo... niemieckiej kultury. Nam się natomiast wydaje najwłaściwsze - spalić te bohomazy, spalić i inne jeszcze obrazy, ozdóbki na budynku, płaskorzeźby i wszystko, co trzeba, aby je więcej oko jako tako kulturalnego turysty nie zobaczyło. (Izbicki R., „W górach i chmurach”; „Głos Ludu”, 21.05.1947 r.)

W pewien czas potem obrazy Hendricha w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły, zaś „Hala Baśni” uległa zniszczeniu. Przypadek to, czy celowe działanie? Obrazy zresztą nie zostały odnalezione do dziś, zaś w miejscu Hali Baśni stanął koszmarny budynek Domu Wczasowego Politechniki Wrocławskiej.

wtorek, 11 marca 2008
IX wieków Miasta

Odbyła się wiec inauguracja 900-lecia miasta Jelenia Góra. Miejsce akcji: ul. 1 Maja oraz Konopnickiej na długości od Kościoła Łaski do Rynku, gdzie nastąpiła kulminacja. Czas akcji: godzina 19.00-22.00, dzień powszedni czwartek, 6 marca 2008. Osoby: w pierwszym rzędzie załoga Compagnie Malabar (francuski teatr eksperymentalny o uznanej renomie, mający za sobą występy m. in. w Gdański na Jarmarku Dominikańskim, podczas Festiwalu Malta), władze miasta, samorządu województwa, a także parlamentarzyści w ilości sztuk dwie lub trzy oraz – last but not least – publiczność w ilości około 500 osób (nie jestem dobry w naocznym szacowaniu).

Biały rozświetlony pojad-statek wyruszył niczym TGV (jednak w tempie pociągu relacji Jelenia – Wrocław) spod siedziby Jeleniogórskiego Centrum Kultury, jego załoga przygrywała na żywo w rytmie dance, trance i Vollenweidero-podobnym. W asyście hrabiny z ogromną peruką na głowie, z krzaków zza muru Kościoła Garnizonowego pojawiła się czwórka szczudlarzy. Ich ciała pokrywały biało-srebrne kostiumy. Aktorzy wyglądali jak kosmiczne motyle skrzyżowane z krewetkami i innymi morskimi stworzeniami. Aktorzy podśpiewywali, tańczyli i podrygiwali do muzyki płynącej z kolumn zainstalowanych na statku. Po drodze zatrzymywali się, odpalając race i sztuczne ognie. Ponadto pociągający wirtualnie z realnej butelki kapitan musiał kilkakrotnie przecinać rozwieszone w poprzek deptaka jeleniogórskiego linki do mocowania banerów, by okręt mógł przejechać. Po mniej więcej godzinie od startu pochód dotarł do Rynku (zwanego uparcie Placem Ratuszowym), gdzie rozegrała się finałowa sekwencja przedstawienia „Podróże do krainy wodnych marzeń”. Na obdrapanej fasadzie jednej z podcieniowych kamienic ukazał się świetlny napis: Viva la Jelenia Góra! Przemówienia też były – Panowie Prezydenci a nawet Pan Minister życzyli z pokładu statku. Wszystkim. I sobie również. Wreszcie w niebo wystrzeliły sztuczne ognie. Impreza się zakończyła, rozradowani mieszkańcy ruszyli w półmroku ulic starego miasta ku swoim domostwom.

Nie jestem specjalistą od oceniania walorów artystycznych tego rodzaju spektakli. Przemarsz deptakiem nawet mi się podobał (lubię wędrówki wszelkiego rodzaju). Sięgnę więc po opinię innych naocznych: „Jakie setki widzów? Było może ze 100 wszystkich widzów. A pokaz? Nie wiem czy większość nie odeszła zawiedziona poza pokazem sztucznych ogni. Nie wszyscy rozumieją taką formę sztuki no i tak dziwną muzykę. W sumie to nie ma co tak zachwalać bo żadna rewelacja” (~Jacol); ”A myślałem, że to trwa jeszcze wrześniowy ubiegłoroczny spektakl (Festiwalu Teatrów Ulicznych – przyp. autora). (...) Jak na początek święta Jeleniej Góry to i tak nieźle, a można by przy tej okazji zrobić Dni Hiszpanii lub jakiejś innej Francji, bo jakieś doświadczenie w tym nasze miasto posiada. Wysiłek specjalistów od promocji Jelonki jest, jak widać ogromny. W każdym miejscu widać, że świętujemy. Oczami wyobraźni widzę na rogatkach mojego miasta kolorowe banery informujące przybyszów ze świata jakież to wspaniałe święto obchodzimy w naszym dziewięćsetletnim grodzie i co możemy zaoferować naszym gościom własnego, wywodzącego się właśnie stąd, takiego NASZEGO. Po cóż Francuzi, kiedy mamy np. barwnego Milińskiego. Niech ta promocja miasta będzie rzeczywistą promocją Jeleniej Góry, jej mieszkańców i całego regionu. Nigdy nie przestaniemy być zapyziałym grajdołkiem, jeśli nasi włodarze nie będą cenić i szanować lokalnych artystów i przedsiębiorców” (~stefek);

Zdjęcia publikuje zarówno portal Jelonka.com, jak i nasza kochana tygodniówka włażąca każdej aktualnej władzy w... no gdzieś tam.

sobota, 08 marca 2008
H. Hendrich - obrazy z "Hali Baśni"

Reprodukcje zaginionych obrazów z "Hali Baśni".

O Hendrichu i samej Hali - powyżej.







wtorek, 04 marca 2008
Artystyczna Szklarska Poręba - rok 1933

Mieszkająca w Szklarskiej Porębie od 1923 r. Hanna Fechner (z domu Riehm) napisała w maju 1933 r., na rok przed śmiercią, poniższy tekst, który ukazał się w 'Der Türmer', zeszyt nr 8/1933. O autorce więcej u Przemka Wiatera na "Karkonosze.ws".

Szklarska Poręba jako ośrodek kultury i sztuki


    Przy Dorfstraße w Średniej Szklarskiej Porębie ciągle jeszcze stoi wiejska chata z przynależnym terenem pełnym starych drzew, mieniących się żywymi kolorami łąk, z przepięknym widokiem na prastare góry; miejsce, które stało się zaczynem duchowego życia Szklarskiej Poręby - dom Carla Hauptmanna. Gdy oto Carl i Gerhart Hauptmann wraz ze swoimi małżonkami w 1890 r. wędrowali w górach od Świeradowa Zdroju do Szklarskiej Poręby w poszukiwaniu malowniczej siedziby artystycznej, niczym objawienie ujrzeli nieruchomość Simona przy Bergstraße, obok gościńca „Zur Sonne” i postanowili ją nabyć. Transakcję zawarto niezwłocznie.

    Nazwisko Hauptmann działało niczym magnes, przyciągający do Szklarskiej Poręby znane postaci świata kultury z daleka i z bliska, na dłużej lub na krócej. Przybyli więc do Szklarskiej Poręby Średniej Wilhelm Boelsche, Hanns Fechner, Hermann Hendrich, Bruno Wille, Geor Reicke, Werner Sombart, John Henry Mackay, a także Franz Metzner i Fritz Rumpf – uznani artyści, pisarze, uczeni. W taki sposób powstała – być może niezbyt szczęśliwie nazwana w taki sposób – Kolonia Artystyczna w Szklarskiej Porębie Średniej, przysparzając tej cichej wiosce wielkiej sławy. Ileż głębokich przemyśleń tu snuto, ileż pomysłów przekuto na dzieła artystyczne! Ludek ów miał nieskończoną ilość pomysłów. Niejedno wesołe spotkanie artystyczne, nie jedna żmudna godzina pracy geniuszy mijały w „szwedzkim pawilonie” w ogrodzie Hauptmannów. Nie bez powodu „Święta Azów” – ku czci dynastii bogów nordyckich – cieszyły się tak wielką popularnością i gromadziły sporą grupę przyjaciół, którzy na terenie Hendrychowskiej „Hali Baśni” czcili dzień św. Jana, dzień letniego przesilenia słonecznego. Początkowo odbywały się nieformalne spotkania w gościńcu „Sonne”, w izdebce zwanej „Himmelschlüsselschen” („Kluczyk do nieba”), w karczmie „Zur Preußischen Krone” („Pod Pruską Koroną”), później w Domu Rzemieślnika. Dysputy bywały ostre, często iskrzyło mocno pomiędzy zgromadzonymi. Piękne to czasy! Dziś zacierają się o nich wspomnienia. Niejedna z gwiazd przyblakła, inne zgasły, firmament poczerniał. Spośród starego kręgu w Szklarskiej Porębie pozostał jedynie Wilhelm Boelsche, ciągle młody, ciągle pełen pomysłów, który przy stole w gospodzie „Bachstelze”, gdzie w wolne sobotnie wieczory piło się w kręgu przyjaciół i rozmawiało o rzeczach wesołych i poważnych, wspominał dawne czasy. Niechaj Bóg was błogosławi, starzy bohaterowie ducha, niechaj błogosławiona będzie pamięć waszych nazwisk, myśli, słów i dzieł, krążących gdzieś we Wszechświecie, wspomagających ludzkość w postępie, obdarzających ją głębią i podniosłością. Ciągle przecież macie moc, płynącą z waszych dzieł.

Jak już jednak powiedziano: wspomnienia nie umarły, żyją własnym życiem. W domu ojca i matki, genialnej malarki, mieszka Ilse Reicke, która w swoich utworach pisarskich, podczas publicznych odczytów – całą swoją osobowością niezmordowanie reprezentuje współczesny ideał kobiety., wychowując swoje trzy córki, tak bliskie jej duchowo, na swoje następczynie. Również dom Johna Henry’ego Mackaya nie opustoszał: żyje tam i tworzy autor opowiadań Hans von Hülsen, mąż Ilse Reicke. Przy Oberweg dostojnie prezentuje się „Dom Zimmermann”, świątynia muz. Dla tego, kto przekracza jego progi, jest to niczym wstąpienie do skarbca pełnego zgromadzonych ze znawstwem ksiąg i dzieł sztuki. Doktorowie Joachim Zimmermann i Johannes Guthman mieszkają tutaj w miesiącach swojej artystycznego, literackiego natchnienia. Pośród odwiedzających ten całkowicie otwarty dla gości dom są postaci o wielkich nazwiskach. Wokół domu Fechnera wyczuwa się ciągle jeszcze obecność wielkiego artysty, który przezwyciężył tu nieodwracalne kalectwo, ślepotę, pisał wesołe książki i stał na straży nieprzemijających dzieł malarskich. „Hala Baśni” Hermanna Hendricha kryje liczne przedstawienia starogermańskich mitów i legend karkonoskich. Powstał również plan, by przekształcić dom Carla Hauptmanna w stały ośrodek kultury i sztuki, w którym – obok pamiątek po braciach Hauptmann – swoje miejsce znalazłoby także muzeum regionu. Zaiste piękna idea, dzięki której wystawiony zostanie pomnik nieśmiertelności wielkim artystom ze Szklarskiej Poręby.

Przejdźmy do domu Fabera, do miejsca zamieszkania ukochanego i szanowanego mistrza Hermanna Stehra, który tu, w zaciszu gór i lasu, w zapamiętaniu nadaje formę i życie swojej artystycznej duchowości. Kto chociaż raz spędził z poetą godzinę w wypełnionej artystycznym duchem atmosferze jego domu, poznał jego małżonkę, będzie pod ich wrażeniem do końca życia.

Co jednak z mistrzami palety i pędzla? Również o nich pamięć nie umarła. W 1922 r. walczący niezmordowanie o dobro sztuk pięknych mistrz Hanns Fechner założył „Stowarzyszenie artystów sztuk pięknych pod wezwaniem Św. Łukasza”. Patron ów okazał się jak najbardziej godnym wyborem. W dalszym ciągu trwa w hotelu „Zackenfall” gildia artystów. Najprawdziwsza, szlachetna sztuka regionu ciągle wystawiana jest w tych pomieszczeniach. Najgłębsze życzenie założyciela, by prawdziwa sztuka znalazła tu azyl, zostało spełnione. Oto właśnie tu wspólnota Św. Łukasza pod opieką pierwszego przewodniczącego, profesora Dell’Antonio – rzeźbiarza i dyrektora Szkoły Snycerskiej w Cieplicach – wiedzie swój artystyczny żywot. Należą do niej: de Paul Aust, profesor Arnold Busch, Werner Fechner-Weimar, Franz von Jackowski, Alfred Nikisch, profesor Alexander Pfohl, Hermann van Rietschoten, Ludwig Schmidbauer, Artur Wasner, Arthur Ressel.

Czyż jednak w historii artystycznej tej miejscowości mogłoby zabraknąć kobiet? Przeciwnie – w pierwszym rzędzie należałoby tu wymienić pionierkę kulturowej tożsamości Szklarskiej Poręby, panią Annę von Koeckritz, której nazwisko zapisane jest złotymi zgłoskami w historii tej miejscowości. Jej piękny, położony nad Bieleniem dom przez wiele lat stanowił ośrodek duchowych i artystycznych działań w Szklarskiej Porębie. Dzięki wrodzonemu taktowi potrafiła ona zgromadzić natchnionych artystów, a także wspomagać ich. W sferze społecznej to ona stworzyła podwaliny sławy Szklarskiej Poręby i jej mieszkańców. Niechaj pozostanie w naszej pamięci!

Któż z odwiedzających Szklarską Porębę nie zna „Felderbusch”?! Tej oazy duchowego życia w jakże zmaterializowanych czasach. Duch Carla Hauptmanna, poety w istocie nieznanego i nie do końca zinterpretowanego, który w tym miesiącu obchodziłby 75 rocznicę urodzin, trwa tu dzięki jego pierwszej żonie, Marcie Hauptmann. Co czwartek spotykają się tu z nią przyjaciele zmarłego pisarza.


Jakże wielu gości pielgrzymuje do domu Joanny Lotty Hauptmann, jedynej siostry braci-pisarzy, by wysłuchać kolejnych opowieści z nieprzebranej skarbnicy historii i anegdot na ich temat. Muzyczny ośrodek stanowi przesiąknięte melodią domostwo Anny Teichmüller, córki filozofa Gustava Teichmüllera. Długoletnia przyjaciółka, a także muza Carla Hauptmanna, potrafiła jak nikt inny przełożyć treść wielu jego lirycznych dzieł na dźwięki muzyki. Wiele postaci kobiecych, wiele domostw przesiąkniętych miłością do sztuki wymieniać można jeszcze – lecz dość! Nie starczyłoby tu na to miejsca.